Historia zagubionego życia

Miarowe popiskiwanie wyrwało Rufusa ze stanu sennej półświadomości. Cholerne myszy. – zaklął w myślach. Leniwie otworzył jedno oko. Było jeszcze zupełnie ciemno, ale mężczyzna przyzwyczaił się do pobudki w takim otoczeniu. Budził się tak zawsze, niezależnie od obowiązków, choć w jego przypadku słowo “budził” nie oddaje precyzyjnie tego, co się działo. Rufus prawie nigdy nie spał, a przynajmniej nie można było tego nazwać snem właściwym. Zazwyczaj był to właśnie stan półświadomej drzemki, podczas której myśli wędrowały swobodnie po najróżniejszych rejonach jego fantazji. Nawet jeśli czasem w sen zapadał, nieodzownie dręczyły go koszmary. Godząc się więc z myślą, że dłużej już nie wypocznie, otworzył drugie oko, po czym przejechał rękami po twarzy i resztce włosów na głowie. Jego umysł był zamglony niczym leśne jezioro w samym środku jesieni, jednak w tym przypadku również nie było mowy o żadnej nowości. Funkcjonował tak od lat i nawet zupełne wybudzenie niewiele w tym przypadku zmieniało. Spróbował wysilić mózg na tyle, by przypomnieć sobie, który dziś dzień tygodnia, jednak okazało się to trudniejsze niż można przypuszczać. Wczoraj byłem w szpitalu, przedwczoraj też… ale wcześniej? W końcu porzucił zagadkę i podniósł się ciężko na łóżku. Zmrużył oczy na widok znajomych, nieregularnych pasków tańczących wściekle na ekranie stojącego w kącie telewizora. Znowu odłączyli mu kablówkę. Lekko poirytowany chwycił leżącego obok pilota i wyłączył sprzęt. Odetchnął ciężko i odruchowo rozejrzał się po pustym mieszkaniu w poszukiwaniu myszy. Tak naprawdę nie wiedział, czy faktycznie tu są, czy to tylko halucynacje wywołane brakiem snu i bardzo daleką od poprawnej dietą. Sięgnął lewą ręką po stojący na stoliku wałek do kręcenia papierosów, drugą zaś, nieco zdrętwiałą, zgarnął bibułki i tani, ruski tytoń. Stara rana odzywała się ostatnio coraz częściej. Powolnym ruchem zaczął zwijać papierosa. Nie był nałogowym palaczem, a przynajmniej tak lubił o sobie mówić, jednak cenił smak papierosa z rana, gdy tylko otworzył oczy, i wieczorem, gdy zmęczone powieki zwiastowały rychły odpływ w nieświadomość. Włożył niezdarnie zwiniętego fajka do ust i podniósł się z podrapanej, w kilku miejscach dziurawej sofy. Posuwistym krokiem zbliżył się do drzwi prowizorycznego balkonu, standardowego dla większości kawalerek, i otworzył drzwi na oścież. Chłodny powiew zimowego powietrza oplótł jego zmęczoną, pooraną twarz. Nie odczuł tego zbyt intensywnie. Jego ciało znało już znacznie gorsze warunki, a obecna zima była jedynie namiastką niegdysiejszych mrozów. Z kieszeni swetra wyjął metalową zapalniczkę. Rytuał się rozpoczął. Najpierw iskra, potem druga i trzecia, a w końcu płomień i ledwie dosłyszalny skwierk. Poczuł na języku podły smak lichego tytoniu. Przynajmniej poczuł cokolwiek. Tak zresztą tłumaczył sobie zakup właśnie tego specyfiku. “Te fajki, co teraz produkują, to jakiś nieśmieszny żart. Marna popłuczyna, robiona dla kolorowych chłoptasiów.” – zwykł mawiać, gdy znalazł kogoś skorego go wysłuchać.

Wypaliwszy skręta aż do momentu, w którym żar parzył mu usta, zwrócił się w kierunku kuchni. Brudno-szare ściany otaczające skromne pomieszczenie nie były tak widoczne w tych ciemnościach, ale chyba dlatego Rufus tak lubił zimę. Wszechogarniająca ciemność dawała schronienie przed mrokiem, który go osaczył. Mechanicznie przemieścił się do lodówki i otworzył drzwiczki lewą ręką. Nieoświetlone wnętrze, poza szronem, oferowało jedynie kilka plastrów starego sera i niewielki ząbek czosnku. Spojrzał nań niechętnie i zamknął deprymujące wrota. Omiótł wzrokiem resztę aneksu, próbując wychwycić coś wartego uwagi. Po blatach walały się brudne naczynia, pełen wachlarz pustych butelek i śmieci, wszelkiego rodzaju i pochodzenia. Jego wzrok wyostrzył się na dużej butli rzekomo japońskiej whisky, którą ktoś przyniósł do niego na libację. Przez moment nabrał nadziei, jednak zaraz dotarło do niego, że patrzy na tę butelkę codzienne od bez mała miesiąca. Muszę to wyrzucić. – pomyślał, nieco rozdrażniony, ale zamiast tego skierował się w stronę łazienki. Odpalił samotną, zwisającą ponuro z sufitu żarówkę i puścił wodę z kranu, nie podnosząc wzroku. Unikał patrzenia w lustro. Nie akceptował mężczyzny, który na niego spoglądał. Gotów był nawet przyznać, że ma problemy z oczami. Jednego był pewien. Oblicze, które napotykał tam teraz, było mu zupełnie obce. Obmył twarz zimną wodą i wypłukał usta, charcząc przy tym głośno kilka razy. Gdy już odzyskał wątłą świadomość i ostrość widzenia, wyszedł i odszukał wzrokiem naścienny zegar. Będący jedyną ozdobą pustego pokoju przedmiot wskazywał 4:17. Za wcześnie. Jednak z braku alternatywy, ruszył w stronę drzwi, zgarniając po drodze z drewnianej komody portfel i łyżkę do butów. Rufus był tęgim mężczyzną, ale przez ostatnie lata nieużywane mięśnie wiotczały i obrastały w tłuszcz. Tak więc z pomocą łyżki nałożył brudne, wysłużone buty, po czym narzucił czarną, poprzecieraną kurtkę i już miał wychodzić, gdy przypomniał sobie, że dalej nie wie jakiś dziś dzień tygodnia. Po ponownym wysileniu umysłu do granic możliwości stwierdził, że nie może być jeszcze weekendu, i z tą myślą wyszedł przez frontowe drzwi, nie zamykając zamka.

Nogi same poniosły go wydeptaną przez codzienne eskapady ścieżką. Na szczęście kiedyś, jakiś mądry człowiek wymyślił ideę sklepów całodobowych, zapobiegając tym samym kolejnym, męczącym rozmyślaniom. Mijał więc skupisko tożsamych, szarych bloków, a jego umysł zaprzątała jedynie rutynowa dysputa. Wiśniowa czy morelowa… czy czysta. Wiśnia czy… Zanim się zorientował, stał już przed oszklonymi drzwiami sklepu. Przez chwilę gapił się na ogłoszenie sprzedaży samochodu, lecz gdy tylko wszedł do środka, wszelkie informacje o tym incydencie wyparowały z jego głowy. Bezwiednie skierował się do alejki z napojami niskoprocentowymi i wyciągnął zdrową rękę po ulubionego żubra w puszce. Odruchowo schował go do wewnętrznej kieszeni kurtki, ale po chwili przypomniał sobie, że jeszcze nie jest jego i ktoś mógłby go posądzić o kradzież. Wyciągnął go więc szybko i ruszył do kasy. Młody sprzedawca przywitał go z uśmiechem.

  • Dzień dobry, Rufusie! To co zwykle?
  • Tak. – wymamrotał w odpowiedzi.
  • Coś taki markotny? – zarzucił dziarsko chłopak, odwracając się w poszukiwaniu odpowiedniego produktu.
  • Źle spałem. – rzucił lakonicznie. – Te cholerne myszy…
  • Musisz w końcu coś z nimi zrobić! – stwierdził zdecydowanie, wręczając mu dwusetkę czystej. – Kup jakieś pułapki, albo jeszcze lepiej kota!
  • Chyba tak… chyba tak zrobię. – zgodził się bezwolnie, wiedząc dobrze, że prędzej jego mieszkanie się rozsypie niż zagości w nim kot. – Dziękuję, Marku. – dodał pakując zakupy do kieszeni.
  • Miłego dnia, Rufusie!
  • Tobie też.

Wychodząc ze sklepu, ponownie pomyślał o tym, że niezbyt odpowiada mu poufały sposób w jaki dzieciak się do niego zwracał. Nigdy z tym nic nie zrobił, bo chłopak był miły i nie chciał podcinać mu skrzydeł, ale nie mógł się do tego przyzwyczaić. Wychowano go na zupełnie innych zasadach i kiedyś, coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Jednak koniec końców, Marek to dobry chłopak i chyba nie było w tym nic złego?

Tym razem nogi poniosły go w kierunku przystanku autobusowego, skąd miał odjechać numerem 713. Jeżdżący co godzinę transport był jedynym, który zatrzymywał się przy starym szpitalu psychiatrycznym. Zabytkowy budynek mieścił się w rzadko zamieszkałej dzielnicy, wśród podmiejskich borów. Rufus miał prawdziwe szczęście, że przydzielono mu akurat ten ośrodek, bowiem od przystanku dzieliło go jedynie dziesięć minut spaceru. Docierając na miejsce przedwcześnie, wyciągnął z lewej kieszeni drobną flaszkę i pociągnął soczystego łyka. Momentalnie poczuł się lżejszy. Wrócił mu nawet dobry humor, choć nie umiał zidentyfikować jego przyczyny. Uśmiechnął się lekko sam do siebie, po czym rozsiadł się na ławce pod wiatą. Oczekiwanie dłużyło mu się niemiłosiernie. Mniej więcej trzy minuty później pomyślał o wzięciu kolejnego łyka, ale powstrzymała go myśl o przedwczesnym wykończeniu zapasów. Czekał więc zacięcie, starając się nie myśleć o spoczywającym w kieszeni ukojeniu. Ciekawe jaka ekipa się dziś zbierze. Spróbował skupić umysł w poszukiwaniu znajomych twarzy kompanów. Pierwsze co zobaczył to blady zarys już nie tak młodej twarzy, z kilkudniowym zarostem i skąpą fryzurą. Grzesiu. – przypomniał sobie nagle. Tak, on dopiero zaczął, będzie na pewno. Następnie przed oczami pojawił mu się wychudzony chłopak z podkrążonymi oczami. Nie pamiętał jego imienia, ale wiedział, że młody ma przed sobą sporo godzin do zrobienia. Też powinien być. O ile nie zabaluje. Nieco rozbudzony tą umysłową rozgrzewką bez trudu przywołał z pamięci kolejnego młodzieńca. Był nieco starszy od tego drugiego i zdecydowanie bardziej żywy. Zbyt żywy nawet, można by rzecz. Chłopak ma jakieś ADHD albo to ćpanie go tak wykręciło. Zdecydowanie nie jest normalny. Niestety, mimo usilnych prób, jego imienia też nie udało mu się przypomnieć.

Gdy podjechał autobus 713, Rufus wstał szybko jak na komendę i momentalnie tego pożałował, kiedy nagły zawrót głowy zamglił mu oczy. Otrząsając się jak mógł najszybciej, ruszył w kierunku otwartych drzwi. Opierając ciężar ciała na barierce, wgramolił się po schodkach i spoczął na najbliższym siedzeniu. Wnętrze transportu miejskiego było widocznie wysłużone. Na przetartych, wypłowiałych siedzeniach spoczywało jedynie dwóch pasażerów. Godzina była bardzo wczesna, ale ten kierunek nigdy nie cieszył się specjalną popularnością. Stąd też pewnie brudne szyby i zakurzone oparcia. Rufus jednak ich nie dostrzegał. Nie zwrócił też uwagi na pozostałych pasażerów. Wymacał natomiast w kieszeni znajomy kształt i czym prędzej wyciągnął znalezisko. Wziął drugiego łyka, mniejszego z uwagi na oszczędność, po czym oparł głowę o podpórkę i zamknął oczy. Miał przed sobą czterdziestominutową trasę i postanowił się zrelaksować. Głównie nie myślał o niczym, czasem jedynie w jego umyśle obrazowały się sprawy doczesne. Trasa z przystanku do szpitala, od bramy do szopy, a co dalej? Tego nie wiedział, więc ukrócił rozmyślania. Chwilę później oczami wyobraźni zobaczył zmęczoną twarz konserwatora. Jedyną pewną rzeczą na świecie jest to, że on tam będzie. Chwilę jeszcze jechał, nie konstruując myśli w nic konkretnego, aż z tego stanu wyrwało go nagłe ponaglenie.

  • Bilety do kontroli.
  • Co? – wymamrotał, spoglądając na kontrolera zmrużonymi oczami. – A tak, już.

Poszperał po kieszeniach bez konkretnego celu i po chwili odnalazł skórzany portfel. Otworzył go, ale w miejscu, gdzie zawsze spoczywała jego legitymacja, nie było teraz niczego.

  • Kurwa… – zaklął pod nosem.
  • Słucham?
  • Nic. Nie mam przy sobie legitymacji.
  • Dowód poproszę.
  • Czekaj pan! – rzucił nieco zbyt agresywnie. – Nie skończyłem. Jestem kombatantem, mam uprawnienia do darmowych przejazdów.
  • A ma pan dokumenty potwierdzające te uprawnienia? – młody kontroler spojrzał na niego pobłażliwie.
  • Przecież mówię, że…
  • No to jak pan nie ma, to będzie mandacik. Można się odwołać w siedzibie ZTM, wtedy będzie taniej. Dowód poproszę.
  • Jakie odwołać, jakie taniej? – podniósł głos już wyraźnie zły. – Nie będę nigdzie jeździł. Mam darmowe przejazdy. Powinniście to mieć u siebie w tej… tej….
  • Bazie? – zapytał niemal rozbawiony chłopak. – To tak nie działa. Daje pan dowód czy wzywamy policję?
  • Pierdolony szczyl… – rzucił pod nosem, wyrywając dowód z portfela. – Jak ja napierdalałem brudasów w Afganistanie, to twój stary nie zdążył jeszcze zalać twojej matki!
  • Proszę się uspokoić…
  • Jakiś problem? – zapytał wyłaniający się zza pleców kolegi drugi, tęższy kontroler.

Rufus obrzucił dryblasa nienawistnym spojrzeniem, ale ugryzł się w język. Kiedyś położyłby ich obu bez trudu. Teraz wolał nie ryzykować. Zresztą miał już na głowie inne problemy.

  • Pan chyba wstał lewą nogą. – mruknął młody kontroler. – Ale myślę, że wszystko jest pod kontrolą, prawda?

Nie odpowiedział. Wbił wzrok w szybę i starał się opanować buzującą w nim krew. Taki brak szacunku… do starszych, do weteranów… Nie mógł się doczekać aż tych dwóch nieudaczników wyjdzie, żeby mógł wlać w siebie nadprogramowego łyka czystej.

  • Proszę bardzo. – rzekł chłopak podając mu mandat i dowód. – I podpis tutaj.

Mężczyzna chwycił długopis i nabazgrał coś niezrozumiałego w wyznaczonym miejscu.

  • Dziękuję.
  • W pizdę se to wsadź. – burknął do siebie. – I tak tego nie zapłacę.

Dalsza część podróży odbyła się już bez przygód, za to towarzyszyły jej dwa kolejne łyki obiecanej czystej. Przez tych pasożytów będzie musiał zajść do sklepu jeszcze przed pójściem do szpitala. Myśl o tym w dziwny sposób jednocześnie go drażniła i uspokajała. Gdy wysiadł z autobusu, znajomą okolicę wciąż spowijał mrok. Mimo braku zegarka wiedział, że do godziny szóstej ma jeszcze trochę czasu. Niespiesznie poszedł w kierunku przeciwnym do bramy szpitalnej. Niecałe dziesięć minut drogi stąd znajdował się spożywczo-monopolowy. Tych rejonów jednak zwykle nie odwiedzał o tej porze, więc zaczął się obawiać, czy nie pocałuje klamki. Niepokój, a wraz z nim frustracja, narastały w nim z każdym krokiem. Co, jeśli będzie zamknięty? Czy na tym zadupiu jest coś jeszcze? O tej porze? Nieznacznie przyspieszył, chcąc jak najszybciej poznać odpowiedź na gnębiące go pytania. Niemal zapomniał już o incydencie, który tak wyprowadził go z równowagi, ale negatywne emocje wciąż tliły się w zakamarkach jego podświadomości, napędzając go do działania i usprawiedliwiając podjęte wybory.

Na szczęście, bądź też nie, z oddali dostrzegł łagodne światło padające na chodnik przez szybę sklepu. Otwarte! Pierwsza dobra wiadomość tego dnia. Tym razem nie zatrzymał się przy drzwiach. Ominął też alejkę alkoholi niskoprocentowych. Skierował się prosto do kasy i zażądał dwusetki lubelskiej wiśniówki. Kasjerka o zmęczonej twarzy podała mu produkt jakby niechętnie i z tą samą awersją w oczach przyjęła pomięty banknot. Rufus przyjął wydaną w ślimaczym tempie resztę i bez słowa opuścił sklep. W drodze powrotnej skonsumował pozostałości porannej czystej, delektując się uczuciem bezpieczeństwa, zapewnionym przez nowy zakup. Gdy wreszcie dotarł pod wielką, pordzewiałą bramę był pobudzony i gotowy do interakcji. Energicznie nacisnął przycisk dzwonka. W oczekiwaniu zapatrzył się na dwa potężne dęby, stojące zaraz za murami ośrodka. Wszędzie wokół las iglasty, a ci posadzili sobie dęby. A potem ktoś to wszystko musi grabić.

Wiekowy odźwierny otworzył przed nim bramę i zamknął ją zaraz za nim.

  • Witaj, Rufusie. – rzucił nieco sennym głosem.
  • Dzień dobry, dzień dobry. – odparł w odpowiedzi. – Ktoś już jest?
  • A skąd. Jesteś pierwszy, jak zwykle.

Nie przeciągając rozmowy ruszył dziarsko w kierunku budki konserwatora. Był to niewielki, drewniany budynek, umiejscowiony po wschodniej stronie szpitala. Mimo, że był odnawiany, a sam konserwator regularnie go doglądał, i tak idealnie wpasowywał się w klimat tego miejsca. Stojący w cieniu drzewa, jeszcze starszego i większego niż te przy bramie, wyglądał niczym baśniowa leśniczówka. Rufus bez wahania wszedł do środka. Wnętrze było skromne. Przechodząc przez jedyne drzwi trafiało się wprost do roboczego pomieszczenia, wypełnionego wszelkiego rodzaju narzędziami i sprzętem, jaki każdy konserwator winien mieć. Na lewo od wejścia mieściły się dwa mniejsze pokoje. Prowizoryczna kuchnia ze stołem jadalnym, gdzie pan Ryszard spożywał posiłki, a także klaustrofobicznych rozmiarów łazienka.

  • Panie Rysiu, dzień dobry! – zawołał mężczyzna, nie widząc jeszcze swego rozmówcy.
  • A witam, witam, Rufusie. – odparł po chwili konserwator, wychylając się zza przymkniętych drzwi kuchennych. – Zaraz podejdę.

W oczekiwaniu na przełożonego, Rufus rozsiadł się wygodnie na ławeczce i rozejrzał po izbie. Po wejściu z mroku zimowego poranka, wydawała mu się wręcz uciążliwie jasna. Na blacie największego stołu, gotowa by w każdym momencie zabrać ją na akcję, stała czarna skrzynia z narzędziami. Zaciekawiło go jakież to przybory konserwator uznawał za najbardziej potrzebne przy swojej codziennej pracy, ale nie podszedł by zajrzeć do środka. Różni ludzie się tu kręcili, nieraz coś ginęło i nie chciał, by to jego posądzono o próbę kradzieży. Zaraz obok, na małym, wysokim stołku leżał zeszyt, w którym pan Ryszard zapisywał godziny obecnym danego dnia pracownikom społecznym. Zegar wskazywał teraz 6:07.

  • Muszę przyznać, Rufusie. – rzekł konserwator wchodząc do głównego pomieszczenia. – Dziwny to będzie dzień, w którym cię tu nie zastanę.
  • Jeszcze dziwniejszy będzie dla mnie. – uśmiechnął się lekko i wstał, by podać mężczyźnie rękę. Pan Ryszard był niskim jegomościem, z włosami zupełnie siwymi i kilkoma ubytkami w miejscach, gdzie powinny być zęby.
  • Moja pamięć już nie działa jak kiedyś, ale wydaje mi się, że widzę cię tu niemal codziennie od co najmniej roku. Zdążyłem się już przyzwyczaić do widoku tej twojej parszywej gęby.

Rufus zaśmiał się głośno, lecz gdzieś głęboko, poza barierą alkoholowej obojętności, poczuł lekkie ukłucie.

  • Ale tak na poważnie. – kontynuował konserwator. – Ile ci jeszcze zostało? Musi być niedużo. Ile godzin ci wlepili?
  • Czterysta dwadzieścia.
  • Uuu, sporo, całkiem sporo.
  • Tyle wychodzi, gdy mówisz sędziemu prawdę prosto w oczy.
  • Ech, taki stary, a języka w gębie utrzymać nie umie. Tak czy inaczej, nawet te czterysta godzin powinno już się kończyć. To jak to jest? Kiedy nas opuszczasz?
  • Sam nie wiem. – odparł po chwili namysłu. – Szczerze mówiąc, nie chce mi się tego liczyć. Nie mam do tego głowy.
  • Yhm. – mruknął nieco zbity z tropu mężczyzna. – No cóż, rozumiem, że czterysta było dużą liczbą na początku, ale teraz powinieneś się tym zainteresować. Nie chcesz tu chyba przychodzić bez końca?

Rufus zamyślił się. Odpowiedź wydawała się prosta, a jednak, gdy pomyślał, że miałby pożegnać to miejsce bezpowrotnie, jakiś niewytłumaczalny żal wkradał się w jego serce. Żal, a może nawet obawa?

  • Oczywiście, że nie. – odparł wbrew sobie. – Policzę to przy okazji. A teraz, niech no pan powie, jakie dziś mamy zadania bojowe?
  • Tak ci spieszno do pracy? – Ryszard podniósł brwi w geście udawanego niedowierzania. – Nic nowego, niestety. Grabimy. Weź sobie grabki z szopy, te niebieskie, z węższymi końcówkami, i idź do parku. To będzie wasze dzisiejsze terytorium.

Grabimy. Oczywiście, że tak. Zapewniając przełożonego o perfekcyjnym wypełnieniu dzisiejszego zadania, opuścił budkę i udał się do stojącej za nią szopy. Metalowa furtka była otwarta. Nie było w niej nawet kłódki, choć Rufus przysiągłby, że widział ją tu jeszcze nie tak dawno temu. Lewą ręką sięgnął po polecone, niebieskie grabie, po czym ruszył na tyły ośrodka. Park, o którym wspomniał pan Ryszard, nie był w zasadzie parkiem, a bynajmniej nie różnił się zbytnio od pozostałej części połaci ogrodowych otaczających budynek. Było tam niewielkie oczko wodne, skryte za aleją brzóz, a wokół niego umiejscowione były ławeczki, na których w okresie letnim przesiadywali pacjenci. Na jednej z nich spoczął Rufus, odkładając na bok grabie i wyciągając z wewnętrznej kieszeni kurtki jeszcze całkiem chłodnego żubra. Otwierana puszka zasyczała krótko. Wokół wciąż było ciemno, a pasmo drzew potęgowało ten efekt do tego stopnia, że gdyby teraz zaczął grabić, z pewnością nie widziałby, czy robi to dokładnie. Z tym usprawiedliwieniem w myślach wziął łyka piwa. Napój ukoił jego wysuszone gardło. Pierwsza część dnia za mną. – pomyślał, pociągając drugiego łyka. Ostatnimi czasy Rufus podzielił swój dzień na trzy części. Jako że nie miał innych obowiązków, poza przychodzeniem tutaj, etapy te były bardzo proste. Pierwszy obejmował wstanie rano i przyjazd na miejsce, drugi odpracowanie określonej liczby godzin i, jak Bóg da, wychylenie flaszki z kompanami niedoli, a trzeci powrót do domu i niezbyt porywająca wegetacja.

Teraz również wegetował. Sącząc piwo, przyglądał się beznamiętnie szaremu budynkowi szpitala. Był on bardzo wysoki, dzięki czemu widać go było dobrze z każdego zakątka przynależących doń terenów, nawet z najbardziej wysuniętego na południe parku. Historia tej archaicznej budowli nie była znana Rufusowi, ale i nie zrobił nic by ją poznać. Mało interesowały go sprawy zamierzchłe, a i o przyszłości nie myślał zbyt wiele. Zawsze był człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, a w ostatnich latach nawet sprawy doczesne przestały zaprzątać mu głowę. Czuł się z tym dobrze, bowiem obojętność nie przysparzała mu utrapień i nie wywoływała gniewu. Był wręcz lepszą wersją siebie, pozbawiony wybuchowego temperamentu i skrajnych opinii, stępionych obraną ścieżką. Jedyną wadą tego podejścia było to, że nie przychodziło samo. Trzeba było je wywołać i podtrzymywać. Nieustannie podtrzymywać, gdyż powrót do rzeczywistości wydawał się już zbyt odległy i nieosiągalny.

Powoli zaczął się zastanawiać, gdzie są pozostali i czy w ogóle przyjdą, gdy zza drzew wychynął Grzesiu. Wysoki, barczysty mężczyzna w średnim wieku trzymał w ręku kolejne niebieskie grabie. Szerokie uśmiechy pojawiły się na twarzach obu mężczyzn.

  • No witam, witam! – rzucił wesoło nowo-przybyły. – Widzę, że tutaj już impreza się zaczęła. Jak to tak, beze mnie?
  • Jaka tam impreza. – żachnął się Rufus. – Rozgrzewka tylko. Ale skoro już o tym mowa, to coś mi świta, żeś ostatnio flaszkę obiecał!
  • Taak? – przeciągnął rozbawiony mężczyzna. – Może i tak. Ciężko powiedzieć, bo po ostatnim niewiele pamiętam.
  • Ja to w ogóle niewiele pamiętam, ale to żeś flaszkę obiecał, to mi z głowy nie wypadło!
  • Dobrze, dobrze. Słowo się rzekło, flaszka będzie. Ale widzę, że tu robota jeszcze nie ruszona. Zaraz pochlejemy, a liście jak były tak będą.
  • Toż to ciemno jeszcze, ledwie siódma dochodzi. Słońce wyjdzie, pomoc przyjdzie, to i robotę się zrobi.
  • No dobrze, majster. Tyś doświadczony zawodnik, ja przed szereg wychodził nie będę. – to mówiąc, zasiadł na ławce obok Rufusa. Ten z kolei wyciągnął dwusetkę wiśniówki i podał ją kompanowi.
  • Żona mi głowę suszy. – zaczął i przerwał by wziąć łyka. – Pyta się, czy ja tu cokolwiek robię, poza chlaniem. No to jej mówię, że jak robota wykonana, to i nagroda jest.
  • Jasna sprawa.
  • Gdyby ona widziała, jak to naprawdę tutaj wygląda. Przekręciłaby się biedaczka. Karę dostałeś, mówi, to może się w końcu nauczysz. A ja se myślę, jaką kurwa karę? Że wolne od pracy biorę, żeby przyjść, pomachać grabiami pół godziny i się napić?
  • Żeby to wszystkie kary tak wyglądały. – skonstatował Rufus.
  • W rzeczy samej, panie kolego. – uniósł lekko butelkę w geście toastu, po czym pociągnął drugiego łyka i przekazał z powrotem. – Ale jak to mówią, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Pewne rzeczy lepiej zachować dla siebie.
  • Amen. – tym razem to Rufus podniósł butelkę.

Chwilę później dołączyło do nich jeszcze trzech skazanych. Dwóch chłopaków, których imion Rufus nie mógł sobie wcześniej przypomnieć, i jeden krępy mężczyzna, z włosami czarnymi jak smoła i chaotycznie przystrzyżoną kozią bródką. Musiał być nowy, bo weteran go nie kojarzył. Młodszy z dwójki młodzieńców miał zapadnięte policzki i nieobecny wzrok. Przywitał się krótko z grupą, po czym chwycił grabie i niespiesznie zaczął działać. Starszy wyglądał dużo zdrowiej, był dobrze zbudowany, choć niewysoki, a na jego twarzy stale widniał uśmiech. Z miejsca zainicjował rozmowę.

  • No, no, widzę, że stara gwardia nie marnuje czasu. Od której to się pije?
  • Od której się chce, jak się ma wolne. – odparł ze śmiechem Grzesiu.
  • Tacy to pożyją. – rzekł łapiąc za grabie. – A do sklepu ktoś nie idzie? Pety mi się skończyły.
  • A no właśnie! – ożywił się Rufus. – Ja nie chcę nic mówić, ale coś tu było ustalone.
  • No, niech będzie. – Grzesiu podniósł się ciężko. – Ale jutro ty stawiasz! I weź się trochę rozruszaj, bo jak jeszcze trochę posiedzisz, to już nie wstaniesz.
  • Dobra, dobra, ty się o mnie nie martw. – zaśmiał się, ale wstał. Lekko zakręciło mu się w głowie. Był już solidnie zawiany, ale perspektywa kolejnej flaszki dodała mu energii. Chwycił za grabie.
  • To jak będzie z tymi petami?
  • Dawaj kasę, młody. Ktoś jeszcze coś ze sklepu?
  • Skoro już proponujesz – odezwał się krępy mężczyzna. – to chętnie napiłbym się z wami. Dorzucę się.
  • Zobacz, Rufus, mamy kolejnego zawodnika! W takim razie 0,7 zamiast połówki.
  • To rozumiem. – zaaprobował weteran, po czym rozochocony dodał. – A kolega chyba nowy, nie? Dużo godzin?
  • Dwieście pięćdziesiąt. Ale nie taki znowu nowy. Od trzech lat to robię, tylko nie mogłem się zebrać. Czasu za mało i w ogóle mnie wkurwili. Kurator mi się do dupy dobrała to przyszedłem.
  • Lepiej to niż pasiaki. – rzucił przez ramię energiczny chłopak. – Wiem co mówię, uwierz mi.
  • Nie no tak, dlatego tu jestem. – uśmiechnął się krzywo.
  • W ogóle to Rufus jestem. – podał rękę nowemu.
  • Andrzej. – odwzajemnił uścisk. – A ty długo tu robisz? Widać, że zadomowiony. Flaszka bez przypału?
  • Jaki tam przypał. – machnął ręką. – Pan Rysiu nie ma zamiaru nas pilnować, on ma swoje sprawy na głowie. Najwyżej przyjdzie na koniec sprawdzić czy zrobione i tyle. – spauzował na moment, próbując sobie przypomnieć poprzednią część pytania. – A czy długo? Wystarczająco, żeby wiedzieć, że nie ma się co przemęczać. Robić swoje, w swoim tempie, a będzie dobrze.

Z tymi słowami zabrał się do pracy. Na dłuższą chwilę rozmowy ucichły, jedynie uśmiechnięty młodzieniec co jakiś czas zagadywał młodszego. Grabienie liści nie było w żadnym stopniu robotą zajmującą, toteż Rufus szybko zaczął wypatrywać powrotu kolegi. Słońce zdążyło już nieco rozświetlić okolicę i mężczyzna przyznał sam przed sobą, że wyglądało to naprawdę pięknie. Kolorowa mieszanka liści smagana wiatrem wiła się między drzewami, raz po raz wzlatując i opadając. Nigdy wcześniej nie myślał o tym w ten sposób, ale było to iście majestatyczne zjawisko. Pacjenci szpitala mają szczęście, że trafili akurat tutaj. O ile w ogóle potrafią to docenić. Rufus potrafił, przynajmniej teraz. Nagle zorientował się, że przestał grabić. Jego kompani również zrobili sobie przerwę na coś, co wyglądało na zajmującą rozmowę. Rufus stał zbyt daleko by dosłyszeć, czego dotyczyła, więc zbliżył się do pozostałych i podparł na grabiach, by posłuchać.

  • …no ale co, mówisz, że już jest dobrze? Ogarnąłeś się? – pytał starszy z chłopaków młodszego.
  • No tak, znaczy ostatnio waliłem na urodziny, ale poza tym nic.
    A kiedy miałeś urodziny?
  • Dwa tygodnie temu.
  • No to co ty mówisz, gościu. – parsknął. – Słuchaj, jak już raz przeholujesz, to nie ma zmiłuj. Wiem co mówię. Ile mówiłeś? Dwa lata mefy?
  • I rok fety.
  • Stary, rzuć to w pizdu, mówię ci. Przerabiałem to samo. Widzisz to? – wskazał na długą jak nóż kuchenny bliznę na szyi. – Guz. Sam nie wiem, jakim cudem to przeżyłem. Nie chcesz tego przechodzić, wierz mi. Najgorsze są te pierdolone dopalacze. Jeden z moich dawnych kumpli, siedzi teraz tutaj – wskazał budynek szpitala. – właśnie po tym. Nie poznaje matki, brata. Przestawiło mu się coś w bani i chuj. Nic nie zrobisz.

Rufus był pewien, że nie zauważył wcześniej rozległej blizny młodzieńca, a jednak trafnie go zdiagnozował. Ćpun. Albo były ćpun, jeśli to w ogóle możliwe. Sam nie wiedział wiele o narkotykach. Wychował się w czasach, kiedy nie było dostępu do takich rzeczy, a przekaz społeczny był w tej sprawie jasny. Syf, nie dotykać. Dlaczego młodzi tego nie rozumieją? Myślą, że są mądrzejsi niż wszyscy przed nimi? No tak. W sumie tak właśnie myślą. Jego rozważania przerwał jednak powrót Grzesia. Nawet Florian, bo tak, jak udało mu się wyłapać, nazywał się starszy chłopak, przerwał opowieść o straconym koledze, by odebrać paczkę i zapalić fajkę. Zawartość nowej flaszki natychmiast znalazła się w trzech plastikowych kubeczkach i została zalana colą. Rozmowa z miejsca weszła na wyższy poziom.

  • Co jak co, panowie, ale nie ma to jak polska jesień. – zarzucił Rufus, sącząc drinka.
  • Toż to zima już, nie jesień. – wtrącił się Florian.
  • Jaka zima? W kalendarzu, może i tak, ale spójrzcie na te liście na wietrze.
  • Romantyk się w tobie obudził? – roześmiał się Grzesiu. – Mnie to tylko wkurwia, bo co nie zagrabimy, to raz zawieje i jakbyśmy nic nie zrobili.
  • Co racja, to racja. – przyznał Andrzej. – Ciężko o gorszą robotę w taką porę roku.
  • A tam. – żachnął się weteran. – Panowie, mówię wam. Byłem kiedyś ze starą na Cyprze. Ładnie, ciepło, ale ile tak można? Zobaczysz raz i starczy. A polska jesień? Nigdy się nie nudzi.
  • Myślałem, że nie jesteś żonaty. – stwierdził Grzesiu, odkręcając ponownie butelkę wódki.
  • Byłem. – odparł i wyzerował trunek. – Stare czasy. Nie ma o czym mówić.
  • No ale jak nie ma? Dawaj, masz tu drinka na zachętę.
  • No, opowiedz! – zawtórował mu Florian. – Wyczuwam ciekawą historię.

Rufus pociągnął solidnego łyka. W sumie, czemu nie?

  • To było jakieś 20 lat temu. Poszedłem z kumplami się napić. Dopiero co wróciłem na przepustce. Siedzimy kulturalnie, łoimy, jedna flaszka pękła, a tu nagle, do tego samego baru, wchodzi moja stara z jakimś fagasem. Jak wyrwałem dzidę to koleżka tak obsrał porty, że raz dwa i go nie było. Nie zdążyłem skurwiela dorwać, a jak wróciłem po starą, to zastałem ją zamkniętą w kiblu. Dobre pół godziny się dobijałem. Za cholerę nie chciała wyjść. W końcu chłopaki mnie odciągnęli, obaliliśmy jeszcze jedną flaszkę, klnąc na czym świat stoi i wyszliśmy. Trzy dni jeszcze chlałem. Jak wróciłem do domu, wyjebałem jej wszystkie ciuchy do kufra i mówię, dziesięć minut i cię dziwko nie ma.
  • Oho, nie pomyliłem się. – skomentował Florian.
  • Długo jeszcze próbowała mnie przebłagać, ale nie było zmiłuj. Musiałem utrzymać kontakt przez wzgląd na dzieci, ale poza tym, nie chciałem mieć z nią nic wspólnego.
  • Ile mieliście? – zapytał Andrzej.
  • Piątkę.
  • Nieciekawie.
  • E tam. Pensja z woja spokojnie wystarczała dla wszystkich. A po latach i ze starą nauczyłem się żyć w zgodzie. Widujemy się czasem, mimo że dzieci dorosłe.
  • A co z nimi?
  • Sam nie wiem. Nie mamy kontaktu. – wypił do dna, sygnalizując koniec opowieści. – Tak czy siak, mówię wam. Nie ma jak polska jesień. Żadne Cypry, Teneryfy i inne wyspy nie mogą się równać.
  • Sporo wakacji na wyspach, widzę. – zarzucił Andrzej, odbierając trzeciego już drinka.
  • Trochę się jeździło po świecie kiedyś. Nie ma o czym opowiadać. Chyba że chcesz posłuchać o cyckach na plaży. W takich miejscach żadna nie nosi stanika. – starsi mężczyźni zarechotali.
  • No to coś żeś tam jednak widział. – skwitował Grzesiu. – Dobra, panowie, flaszeczka powoli dobiega końca. Trzeba coś porobić, bo majster przyjdzie i powie, że gówno nie godziny dostaniemy.
  • Ja tam i tak mam już pewnie koniec. – powiedział Rufus, czkając głośno.
  • Co? Jak to “pewnie”? – zdziwił się Andrzej.
  • Niee wiem. Nie liczyłem.
  • Nie liczyłeś? – zapytał rozbawiony Florian. – Lubisz tu przychodzić, co?
  • Niee tam, zaraz lubię. Ale co mam w domu robić?
  • Cokolwiek? – zapytał Grzesiu, a młodsi skazani wybuchli śmiechem.
  • W domu nie mam nic do roboty, a tu zawsze coś jest. I napić się można w towarzystwie.
  • Poważnie gościu? – ledwo wykrztusił Florian. – Może jeszcze myślisz, że ci za to zapłacą?
  • Powinni. – zaparł się Rufus. – A czemu nie?

Tego już było za wiele. Florian zanosił się śmiechem, parodiując pełny przekonania ton mężczyzny. Grzesiu nawet nie próbował ukryć rozbawienia, raz po raz ocierając oczy z łez. Młody chudzielec przez moment nie mógł złapać oddechu. Gdyby Rufus nie był w tym momencie pijany, prawdopodobnie byłby zły, może nawet smutny. Zamiast tego zaśmiewał się lekko sam z siebie, choć tak naprawdę nie rozumiał, gdzie leży żart. Do końca dzisiejszego dnia pracy tematem przewodnim był jego wolontariat. Florian z młodszym kompanem prześcigali się w zgryźliwych komentarzach pod jego adresem, a kiedy skończyła się wódka, dołączył do nich też upojony Grzesiu. Wymyślili mu nawet przezwisko, Caritas. Tego dnia Rufus, sprowokowany do obliczenia w końcu swoich godzin, opuścił park dziesięć minut przed czasem. Pozostali jeszcze długo zaśmiewali się z niego, nie mogąc pojąć, jak ktoś może chcieć wykonywać tę gównianą robotę za darmo, i to z własnej woli. W swej bezmyślności szydzili z niego bezlitośnie, nie widząc, że ich życia zmierzały dokładnie w tym samym kierunku.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Create a free website or blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: