Wewnętrzna przeprawa

Teksańskie słońce było jeszcze wysoko na niebie, gdy późnym popołudniem DeMar wrócił do swojego domu w San Antonio. Czuł się zmęczony. Rozegrał właśnie ostatni mecz sezonu regularnego. Nie opuścił żadnego z osiemdziesięciu dwóch spotkań i każdy mięsień w jego ciele domagał się już odpoczynku. Jednak nie to było źródłem jego największych zmartwień. Za niespełna tydzień rozpoczynała się faza play-off i nawet jego 30 punktów w zwycięstwie nad Clevland nie poprawiało mu samopoczucia. Czuł, że ma coś do udowodnienia, a ta świadomość sprowadzała na niego jeszcze większą presję. Przez niemal dekadę grania w Toronto jego drużynie nie udało się awansować do finału, a wina za to spadała w głównej mierze na niego i Kyle’a. Teraz, gdy został wytransferowany, musi udowodnić swoją wartość nowej drużynie, starej, a przede wszystkim sobie samemu. Ta myśl zaprzątała mu głowę już od dłuższego czasu, ale teraz zaatakowała ze wzmożoną siłą. Przez moment poczuł się znów jak uczeń liceum, który zapomniał, że jutro jest egzamin. Wiedział, że powinien był się lepiej przygotować, ale nie było już czasu.

Przytłoczony i pozbawiony energii wskoczył tylko w wygodne dresy i rzucił się na łóżko. Momentalnie zasnął, a jego oczom ukazała się wypełniona po brzegi hala Air Canada Centre. Wiedział, że to ona, czuł się tu jak w domu, nawet mimo nieco obcych, zdystansowanych twarzy kibiców w szarych koszulkach Spurs. W tłumie dostrzegł znajome twarze, zupełnie ze sobą nie powiązane. Jego była dziewczyna siedziała tam z jego dawnym nauczycielem matematyki. Patrzyli na niego dziwnie, zresztą tak jak wszyscy inni. Zdał sobie sprawę, że w rękach trzyma piłkę, ale było już za późno, bo teraz sam siedział na trybunach. Jednak na boisku nie było meczu. Trwało przedstawienie, w którym główne role grali jego były trener Dwane i kelnerka z jego ulubionej restauracji, Jasmine. Nie wiedział, że którekolwiek z nich przejawia talent aktorski, ale przywykł już do takich zaskoczeń. Na hali było ciszej niż na opuszczonej autostradzie, jednak DeMar nie mógł dosłyszeć o czym aktorzy rozmawiają. W powietrzu dało się wyczuć gęstą, napiętą atmosferę, więc mimowolnie sam zaczął się stresować. Nie wiedział do końca o co chodzi, ale miał złe przeczucia.

Ledwie dosłyszalny szmer przebiegł po trybunach. DeMar wzdrygnął się. Miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Gdzieś pośród tego tłumu czyjeś oczy próbują przyciągnąć jego oczy. Nie rozglądał się, nie patrzył na nikogo. Zaszył się głębiej w swoim kapturze i wbił wzrok w przestrzeń, jak gdyby głęboko się nad czymś zamyślił. Bóg jeden wie co go podkusiło, aby na moment jeszcze rzucić okiem na aktorów. Dwane patrzył wprost na niego. Jasmine patrzyła wprost na niego. Zebrał w sobie odwagę i spojrzał tam, gdzie instynkt podpowiadał mu wyczekujące go spojrzenie. To znowu ona. Jego licealna dziewczyna, Claire. Patrzyła na niego z wyrzutem i mimo, że nic nie zrobił, znów poczuł się winny. Chciał spuścić wzrok, ale zdał sobie sprawę, że wszyscy na niego patrzą. Każda twarz w wypełnionej hali zwrócona była w jego kierunku, z tym samym, milczącym wyrazem dezaprobaty. Każda, oprócz jednej, bo w tłumie dostrzegł właśnie odwróconego do tej sceny plecami Kyle’a. Jego przyjaciel z byłej drużyny nie chciał tego oglądać i kierował się do wyjścia.

Musi do niego dotrzeć. Wydostać się z tego roju przeszywających jak miecze spojrzeń. Nagle znalazł się w tunelu i niewiele myśląc, puścił się biegiem za Kyle’m. Tunel wyglądał bardziej jak ten w piwnicy jego bloku w Compton niż ten w Air Canada Centre, ale czuł jeszcze za sobą oplatające go niczym macki spojrzenia, więc biegł, ile sił w płucach. Po jakimś czasie zapomniał już, dlaczego biegnie, ale i wtedy nie przestawał, napędzany mglistym poczuciem zagrożenia za plecami. W końcu odczuł, że dłużej już nie wytrzyma i zdyszany zatrzymał się, wspierając ręce o kolana. Wokół niego była ciemność, rozpraszana jedynie nikłym światłem dopalających się w zakurzonych lampach żarówek. Tunel jakby nieco się rozrósł. Teraz jeszcze bardziej przypominał piwnicę w Compton. Nie mógł sobie tylko przypomnieć tych wysokich kolumn, rozsianych wokół. Wtem zza jednej z nich spokojnym krokiem wyszedł jego ojciec. Odziany był w strój kloszarda, który dziwnie znajomo komponował się z obrazami na ścianach. DeMar powinien czuć ulgę, ale dalej czuł niepewność. Nauczył się nie ufać nikomu.

Kloszard o twarzy ojca podszedł do niego i bez słów nakazał mu iść dalej. Widać było, że mu się spieszy, ale DeMar nie zapytał dokąd. Nie chciał zaprzątać mu głowy, a może wcale go to nie obchodziło. Ruszył jednak dalej, posłuszny poleceniu jak zdalnie sterowana zabawka. Korytarz znów się zawęził i pojawiało się w nim coraz więcej przechodniów. Ci wprawdzie nie zwracali na niego uwagi, zajęci swoimi sprawami, mimo to poczuł się niekomfortowo, jak zawsze w zatłoczonych miejscach. Gdzieś w oddali usłyszał trąbienie samochodów, spośród którego wyłowił charakterystyczne dźwięki bordowego mercedesa sąsiadów i srebrnego cadillaca bogatego nieznajomego, który z niewiadomych mu powodów nieustannie kręcił się po jego okolicy. Rozpoznał też znajomy zapach spalin przemieszanych z wiosenną wonią kwiatów, obecny zawsze w pobliżu parku. Jednocześnie czuł jednak, że wciąż jest daleko od domu. Dalej niż kiedykolwiek. Ta świadomość męczyła go, ale nie znał innej drogi niż ta na wprost.

Szedł więc dalej, mijając kolejnych ludzi, których twarzy nie mógł skojarzyć z żadną znaną mu osobą. Chciał zapytać kogoś o drogę, ale zawsze wstydził się zaczepiać ludzi na ulicy, więc brnął dalej, aż śnieg przykrył mu całe łydki. Zima w Toronto nie należała do łagodnych. Cieplej zrobiło mu się dopiero wtedy, gdy przypomniał sobie, że przecież spóźni się na mecz. Puścił się biegiem przez zaspy śniegu i nie zważając na pogodę zrzucał z siebie pospiesznie ubrania. Zaledwie chwilę później, w pełnym trykocie stał już przed wyjściem z tunelu na boisko. Spojrzał za siebie, w ciemną otchłań, z której się wyłonił. Przebył tak długą drogę, by tu dotrzeć, że większości już nie pamiętał. Coś go jednak powstrzymywało przed wyjściem na parkiet. Spojrzał w lustro na suficie. Miał na sobie koszulkę Spurs, ale przecież ma zagrać dla Raptors. Przypomniał sobie, że został wytransferowany i nie gra już w Toronto, tyle że w tym momencie nie miało to znaczenia, bo właśnie na parkiet wbiegała cała drużyna, ciągnąc go ze sobą.

Nie wiedział kiedy znalazł się na środku boiska ani kiedy dostał piłkę by rozegrać decydującą akcję. Nie mogąc zebrać myśli, wykonał mechanicznie zwód, przebił się przez pierwszą linię obrony, zamarkował rzut i kiedy drugi obrońca nieopatrznie skoczył do bloku, wyszedł w górę. Ręce same złożyły mu się pod odpowiednim kątem, a piłka mimowolnie wysunęła się z jego dłoni. Jej lot trwał niemal tak długo, jak cała podróż, którą dopiero co odbył. Jednakże, pomimo całego trudu włożonego w to, by znaleźć się w tym miejscu, rzut chybił cel. Pomarańczowa piłka odbiła się z głuchym łoskotem od obręczy, a zaraz po niej rozległ się ogłuszający dźwięk syreny kończącej mecz. DeMar opadł na kolana. Jak im wytłumaczy, że jest zmęczony tą drogą i nie miał już sił?

W tym momencie przebudził się z głębokiego snu i odetchnął. Po prawdzie, nie czuł się dużo lepiej w prawdziwym życiu, ale przynajmniej wciąż miał czas, by oddać decydujący rzut.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Create a free website or blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: