Ocean social mediów

Każdy dzień zaczynam tak samo. Bez znaczenia pozostaje fakt, czy wstaję o szóstej by spieszyć na uczelnię, czy budzę się o trzynastej, zalepiony po nieprzespanej nocy. Pierwszą rzeczą, której dotykam jest telefon. Dziś mam wolne, nie przejmuję się więc upływającym czasem i powoli próbuję przyzwyczaić wzrok do światła ekranu. Wciskam przycisk blokady i czytam pierwsze powiadomienie z listy. Wydarzenie na Facebooku przypomina mi o sobie, niemal jakbym zaznaczając “zainteresowany” naprawdę zamierzał się na nim pojawić. Wyrzucam to z paska powiadomień i szukam wzrokiem czegoś bardziej interesującego. Natykam się jednak na powiadomienie z Twittera i po raz kolejny zastanawiam się, po co w ogóle go mam, skoro nigdy go nie używam. Zainstalowałem go kilka miesięcy temu, ale jakoś nie mogłem wyrobić w sobie przyzwyczajenia by do niego zaglądać (nie żebym się specjalnie starał). Przesuwam więc i to powiadomienie palcem poza ekran, tak by nie mieszało się z informacjami, które faktycznie mogą mieć dla mnie jakieś znaczenie. Następnie mój wzrok pada na powiadomienie z aplikacji NBA. Czytam je pobieżnie po czym odsyłam w niebyt tak jak poprzednie. Za kilka minut odbędę ten codzienny rytuał sprawdzania wyników spotkań rozgrywanych europejską nocą i dowiem się wszystkiego. Nie potrzebuję tych powiadomień, chyba że dostarczają informacji o fatalnej kontuzji jakiegoś zawodnika lub o transferze, który dopiero co doszedł do skutku. To właściwie jedyne powody, dla których nie wyłączyłem tych notyfikacji. No, niech będzie, to i lenistwo. 

Lista powiadomień się zmniejsza, a ja wciąż nie dotarłem do niczego istotnego. Nie przejmuję się tym jednak wcale. Dopiero co się obudziłem, więc niewiele informacji dociera to mojego zaspanego umysłu. Kolejnym faktem, który rejestruję jest to, że nie ma dziś do mnie żadnych wiadomości. Dostałem co prawda jakieś snapy i DM od niezawodnego Adama, ale każdy kto choć trochę zna social media wie, że Instagram i Snapchat to nie miejsca, gdzie odbywają się prawdziwe rozmowy. Snap to tylko zajawki, zdjęcia lub krótkie filmiki, dokumentujące życie naszych znajomych. IG z kolei prawie już go w tym zastąpił, za pomocą wspomnianego wyżej DMa, choć tam częściej jeszcze dostaję reposty, udostępniane ze stron obserwowanych przez znajomych. Po zanotowaniu słodko-gorzkiego faktu, iż nikt się mną nie interesuje, usuwam z listy ostatnie bezużyteczne powiadomienie – maila z informacją o wyprzedaży na nieznanej mi stronie, wysłane przez nieznanego mi jegomościa imieniem Dick Smith. Dałbym sobie rękę uciąć za to, że już usuwałem z tej strony swoją subskrypcję, która nie wiedzieć czemu tam w ogóle była, ale widocznie to za mało dla spamowych gigantów jak pan Smith. 

Po wyczyszczeniu tych zbędnych powiadomień przechodzę w końcu do czegoś konkretnego i odpalam insta. Zanim jednak sprawdzę co podesłał mi Adam, filtruję mystory. Ktoś był na koncercie, kto inny chwali się siłownią o nieludzkiej, porannej porze, jeszcze inny niby-celebryta odpowiada na pytania fanów w dwudziestu następujących po sobie obrazkach. Nie czytam, nie interesuje mnie to, przelatuję dalej. W zasadzie mystory w ogóle średnio mnie interesuje, ale może zobaczę jakieś korzystne zdjęcie jednej z instagramowych modelek albo highlighty z wczorajszych meczów. Zazwyczaj jednak kończy się to na oglądaniu życia ludzi, z którymi albo już nie mam kontaktu albo nigdy mieć nie będę. Wychodzę z tego niekończącego się wiru obrazów ludzi z różnych światów i wracam na stronę główną. Tam moją uwagę przykuwa znajoma twarz zawodnika w czerwonym trykocie Houston Rockets. Zagrał dobry mecz – stwierdzam po odczytaniu statystyk ze zdjęcia, po czym scrolluję dalej. Trafia mi się meme. Czytam go raz, drugi. Nie mogę się skupić, jeszcze nie do końca się obudziłem. W końcu dociera do mnie sens żartu. Całkiem śmieszne  myślę, w ogóle się nie śmiejąc. Przewijam dalej, lecę bezmyślnie przez tabuny zdjęć aktorek i modelek, przez pseudointelektualne inspiracyjne cytaty i codzienne posty znanych osób. Zatrzymuję się dłużej tylko na akcjach z wczorajszych meczów, podawanych przez Bleacher Report i House of Highlights, oraz na pojawiających się rzadziej niż reklamy postach moich znajomych. 

Nagle ikonka w prawym górnym rogu, do której zdążyłem się już przyzwyczaić na tyle że przestałem zwracać na nią uwagę, przypomniała mi o właściwym celu mojej obecności na Instagramie. Wchodzę w wiadomości, dostałem dwie. Tak jak przypuszczałem, wydarzenia z wczorajszych meczów. Jedno już widziałem na stronie głównej, ale drugie jeszcze do mnie nie dotarło. Uśmiecham się, już trochę rozbudzony, na widok kuriozalnego rzutu Stepha Curry. Daję serce obu wiadomościom i udzielam krótkiej odpowiedzi “XD” na znak, że odczytałem i się ubawiłem. Wychodzę z apki. Czas obejrzeć snapy. Odpalam jak zwykle lekko zamuloną aplikację i czekam na załadowanie się wiadomości. Pierwszą wysłał Benon, jeden z niewielu ziomków jeszcze regularnie używających Snapchata. Jak to w jego przypadku bywa najczęściej są to filmiki. Pierwszy z domu z psem, drugi z imprezy. Jak zwykle rozbawia mnie jego sposób kręcenia i narracji. Śmieję się, ale nie odpisuję. Na snapy zwykle się nie odpowiada. Drugą wiadomość wysłał mi Kaj. To zdjęcie drinków, które zapewne zrobił w Zatoce. Przypomina mi to o tym, że ciągle nie znalazłem sobie pracy. Muszę się za to dziś zabrać  postanawiam wyłączając snapa i automatycznie otwierając Facebooka. 

Klikam dzwoneczek, tylko po to by wiszące tam powiadomienie odnośnie jakiegoś eventu nie burzyło mi idealnej harmonii tej strony. Zaczynam podróż po swoim wallu. Pierwszy jest post Filmwebu. “Władca Pierścieni” leci dziś w telewizji, dowiaduję się z treści, po czym odpalam komentarze. Specyfika Facebooka mocno różni się od tej instagramowej, przynajmniej w moim odczuciu. Tu mniej zwracam uwagę na same posty, a bardziej na to co na ich temat mają do powiedzenia ludzie. Ciągnie to za sobą różne konsekwencje. Niekiedy komentarze potrafią bawić bardziej niż memy. Ludzka kreatywność nie zna granic, a sortowanie względem największej ilości reakcji pozwala na łatwy dostęp do najjaśniejszych perełek. Gdy dobrze się trafi można zaśmiewać się z coraz to bardziej trafnych i wymyślnych wypowiedzi. Każdy kij ma jednak dwa końce. Sekcja komentarzy bywa bowiem często wylęgarnią jadowitych żmij, które tylko czekają by zaatakować. Fanbase Filmwebu jest akurat całkiem spokojny, ludzie zachwalają trylogię Petera Jacksona i kulturalnie dyskutują, która z części jest najlepsza. Wystarczy jednak, że przejdę nieco dalej. Trafiam na Anonimowe Wyznania, gdzie jakaś kobieta tłumaczy, dlaczego musiała oddać niedawno kupionego psa. Powodem jest poważna alergia, przez którą jej kilkuletnie dziecko trafiło do szpitala. Powód zrozumiały, tym bardziej że nie wyrzuciła psa gdzieś na drodze, tylko wystawiła ogłoszenie, że odda go w dobre ręce. Jaka jest reakcja ludzi? “Pies to członek rodziny, może zamiast niego oddaj bachora, bezduszna szmato?” 

Nieco wzburzony i niemal całkiem już rozbudzony scrolluję dalej. Następny w kolejce jest post Ekstraklasa Trolls, sportowo-humorystycznej strony skoncentrowanej, rzecz jasna, na piłce nożnej. Informują o łamaniu przepisów przez jeden z polskich klubów. Cóż, tu przynajmniej ludzie nie powinni się spierać. Otwieram komentarze i pierwsze czego się dowiaduję, to jak bardzo nie miałem racji. Pierwszy komentarz to bluzgi w stronę klubu. Zrozumiałe, ale z drugiej strony, po co coś takiego pisać? Czy ktoś naprawdę myśli, że przedstawiciele klubu czytają posty Ekstraklasa Trolls? Czy może jest to zwykły manifest własnego gniewu i frustracji, wylany przy pierwszej lepszej okazji? Drugi komentarz jest atakiem na administratorów. Jego autor, Bonzo Dariuz, twierdzi że fanpage serwuje syf swoim odbiorcom i o żadnym łamaniu przepisów nie może być mowy. Widzę, że administrator wszedł w polemikę, ale szczerze, nie chce mi się tego czytać. Rzucam tylko okiem na inne komentarze i widzę, że wiele osób, w tym Marco Pusceddu i Beniamin Bock, podzielają zdanie pana Bonzo. Czyżby faktycznie tytuł artykułu był mylącym clickbaitem? Możliwe, choć średnio wierzę opiniom ludzi z wymyślonymi nazwiskami. 

Kolejnym postem, który pojawia się na mojej stronie głównej, jest post Popkillera. Jest to strona poświęcona kulturze hip-hopowej, w szczególności młodym artystom. Podają informację, że White 2115 otrzymał złotą płytę za swój album “Rockstar”. Jest mi to dość obojętne, bowiem nie słucham tego rapera, ale z ciekawości wchodzę w sekcję komentarzy. Tym razem nie jestem zaskoczony. Strony poświęcone rapowej muzyce to chyba najbardziej toksyczne i prześmiewcze terytorium z jakim mam styczność na Facebooku. Popkiller, jako że jest poświęcony młodym artystom, nie jest jeszcze taki zły pod tym względem. Gorzej, jeśli news o sukcesie któregoś z przedstawicieli nowej szkoły pojawi się na stronie takiej jak rap news. Wtedy krytyce nie ma końca. 40-letni słuchacze oburzają się, że to już nie rap. Bluzgają artystów, a razem z nimi obrywa się też administratorom za to, że mieli czelność wrzucić taką informację na swoją stronę. Czasem mnie to bawi, czasem przeraża. Poziom nienawiści pod niemal każdym takim postem jest tak wysoki, jakby komentujący uważali takie informacje za osobisty afront. 

Ledwo podniosłem się wyżej na poduszkach, a już moja wiara w ludzi została nadszarpnięta. Przewijam jednak dalej, chcąc dowiedzieć się czegoś ciekawego. A może wcale nie szukam żadnych informacji? Może to uzależnienie każe mi co dzień marnować czas na niewiele wnoszące do mojego życia scrollowanie? Może czuję się mniej samotny, gdy odpalam social media i żywię się tą marną namiastką ludzkich interakcji? A może próbuję uciec od obowiązków i codziennych czynności, zatapiając się w tej bezdennej studni prokrastynacji? Z zamyślenia wybija mnie krótka wibracja telefonu, który wciąż trzymam w ręku. To Messenger. Wiedziałem to zanim spojrzałem na ekran, smsy wszak wibrują inaczej. Ktoś na grupowej konferencji pyta czy coś dziś robimy. Nie wyświetlam. Nie wiem, czy chcę dziś coś robić. Odpowiem, kiedy się namyślę. Może za godzinę, może za pół dnia, a może wcale. Zobaczymy jak sytuacja się rozwinie. Mój wzrok bezwiednie pada na zegarek w prawym górnym roku ekranu i ze zgrzytem stwierdzam, że minęła godzina. Jeszcze tylko sprawdzę wyniki meczów i wstaję. 

Zamiast jednak w aplikację NBA wchodzę znów na Instagrama. Zupełnie nieświadomy tego co zrobiłem zaczynam bezmyślnie scrollować dalej. Po chwili zdaję sobie sprawę, że to nie ta apka, w której miałem być, jednak jest już za późno. Jakiś post przykuł moją uwagę, zaczynam czytać. Jeden, drugi, trzeci. Minuty mijają, a ja znów jestem w studni i zamiast z niej wyjść płynę coraz głębiej. Po jakimś czasie zapominam, co chciałem zrobić wcześniej. Próbuję sobie przypomnieć, ale obrazy przed moimi oczami są zbyt dekoncentrujące. Zamykam oczy i na powrót zatapiam się w poduszkę. Rozmyślam nad tym, dlaczego wciąż sobie to robię. Muszę wstać, ogarnąć się, żyć. Sięgam po leżące na biurku aio, żeby jeszcze trochę oddalić moment podniesienia się z łóżka. Zaciągam się powoli i myślę o planach na dzisiejszy dzień. Mam tekst do skończenia. Powinno pójść mi szybko, o ile wszechobecne social media nie będą mnie rozpraszały tak jak zwykle. Obiecuję sobie w duchu, że tak nie będzie. Podnoszę się powoli z pozycji leżącej i odkładam telefon. Wystarczy internetu na dziś – myślę, zbierając motywację do wstania z łóżka. Muszę się dziś sprężyć z obowiązkami, bo przecież czeka na mnie Netflix.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: