Masterpiece of Redepmtion

Ach, stare dobre studio Rockstar. Wiecie już o czym będę pisał, bo widzieliście miniaturkę. Wiecie zapewne też czego się spodziewać, bo Red Dead Redepmtion 2 nie ma złych recenzji. Nie będę się tutaj silił na oryginalność ani udawał, że jestem jakiś inny. Pierwsza część RDR była moją ulubioną grą na tamte czasy. Na kontynuację czekałem z zapartym tchem od chwili gdy usłyszałem, że powstaje. Pre-order zamówiłem w dniu, w którym sprzedaż została rozpoczęta. Dlaczego ta gra wywołała u mnie aż tak wielką ekscytację? Zapraszam na kilka słów wstępu: 

Ach, stare dobre studio Rockstar. Wiecie już o czym będę pisał, bo widzieliście miniaturkę. Wiecie zapewne też czego się spodziewać, bo Red Dead Redepmtion 2 nie ma złych recenzji. Nie będę się tutaj silił na oryginalność ani udawał, że jestem jakiś inny. Pierwsza część RDR była moją ulubioną grą na tamte czasy. Na kontynuację czekałem z zapartym tchem od chwili gdy usłyszałem, że powstaje. Pre-order zamówiłem w dniu, w którym sprzedaż została rozpoczęta. Dlaczego ta gra wywołała u mnie aż tak wielką ekscytację? Zapraszam na kilka słów wstępu: 

Po pierwsze, westerny są jednym z tych motywów, które od zawsze mnie jarały. Podobnie jak z fantastyką, wychowałem się na tym i jest to jeden z tych nierealnych światów, w których można zniknąć i zapomnieć o szarej rzeczywistości. Po drugie, pierwsza część RDR otworzyła przede mną zupełnie nowe doznania w świecie gier. Zostałem wessany przez genialną fabułę i piękno otaczającego mnie świata, żeby potem zostać zdewastowanym przez finał i łykać słodko-gorzkie łzy przy epilogu. Myślę, że do czasów Wiedźmina 3 nie byłem tak emocjonalnie zaangażowany w żadną grę, mimo że kilka świetnych fabularnie pozycji w międzyczasie przeszedłem. Biorąc to wszystko pod uwagę, poziom mojego hype’u na prequel (ważny detal, to nie jest kontynuacja części pierwszej, lecz opowieść sprzed niej) sięgał zenitu. I wiecie co? Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że się nie zawiodłem. 

Studio Rockstar po raz kolejny stanęło na wysokości zadania. Byłem pod wrażeniem GTA V, mimo że przeszedłem je dość późno (ze trzy lata po premierze), ale to co prezentuje sobą Red Dead Redeption 2 jest na jeszcze innym, zdumiewającym poziomie. Szczegółowość świata dopracowana do granic możliwości, pierwszorzędna mechanika poruszania się, jazdy konnej i walki, realizm graficzny i fabularny, ukazywany w zdarzeniach losowych i reakcjach NPC na twoją postać. Myślicie, że skończyłem wymieniać? Nie jestem nawet w połowie. RDR2 rzuca nam wyzwania w każdej dziedzinie życia na dzikim zachodzie. Sprawdza nas jako strzelców, bandytów, myśliwych, hazardzistów i co jeszcze sobie tylko wymyślicie. Pokazuje nam kompendium, gdzie widnieje ponad 500 pozycji i każe uzupełniać: 180 gatunków zwierząt, 30 gatunków ryb, 20 gatunków koni, 40 rodzajów roślin, 60 sztuk broni itd. Czy wspomniałem już, że trzeba regularnie jeść, myć się, ścinać włosy i zarost, a najlepiej także spać i pomagać w obozie? Nowy Red Dead jest tak blisko prawdziwego życia jak tylko gra może się znaleźć.  

No dobrze, ale co dalej? Czy to tylko piękna wydmuszka, która kryje swoje braki barwną przyrodą i koniecznością wykonywania prozaicznych czynności? Absolutnie nie. Fabuła w niczym nie ustępuje poziomowi dopracowania innych aspektów tej gry. Główny wątek jest tak wciągający i ciekawy, że większość moich grających znajomych leciała przez niego z prędkością, która nie pozwalała na dogłębne poznawanie świata i realizację misji pobocznych, które również mają do zaoferowania wiele ciekawych przygód. Ja sam, choć przeszedłem prawie wszystkie poboczne zadania i starałem się wielokrotnie zaliczać wyzwania czy uaktualniać kompendium, mam zaledwie 87% całkowitego postępu (przy 100% wątku fabularnego rzecz jasna). Tak więc możecie sami się domyślić, jak bardzo rozbudowana jest to gra. 

Wracając do wątku głównego, grę zaczynamy od ucieczki z Blackwater – miasta, w którym ostatni napad naszego gangu, łagodnie mówiąc, nie wypalił. Nasza postać, Arthur, nie brała w nim udziału i nie do końca rozumie zaistniałą sytuację. Szybko dowiadujemy się jednak, że w zamieszaniu straciliśmy kilku ludzi i musimy zaszyć się w zaśnieżonych górach, celem zgubienia pościgu. Stopniowo poznajemy naszych towarzyszy broni. Na samym początku jedziemy na zwiad z szefem bandy, Dutchem van der Linde. Ten wydaje się być człowiekiem rozsądnym, z moralnym kręgosłupem rzadko spotykanym u wyjętych spod prawa bandytów. Dowiadujemy się, że Arthur jest jednym z pierwszych członków gangu, a Dutch jest dla niego niemal jak ojciec. Po śnieżnym prologu sytuacja nabiera tempa, a cała ekipa planuje kolejne napady, które mają zapewnić nam środki by wyjechać daleko i raz na zawsze zostawić za sobą przestępcze życie. Oczywiście nie jest to tak proste jak Dutch i kompania by sobie życzyli. Niejednokrotnie sprawy się komplikują i trzeba kombinować dalej. Więcej nie zdradzę, ale… 

Moim zdaniem decyzja o zrobieniu prequelu, zamiast zwyczajowego sequelu, była niesamowitym strzałem w dziesiątkę w wykonaniu Rockstar. Ścisłe powiązanie między dwiema częściami było tak widoczne i odczuwalne, że momentami miałem ochotę zagrać w jedynkę. Zwłaszcza główne cele wendety w odsłonie pierwszej spędzały mi sen z powiek, bo nie mogłem sobie przypomnieć kto nimi był. Teraz już wiem, ale w razie jeśli Wy nie pamiętacie bądź nie graliście w RDR to nie będę Wam psuł zabawy i przewidywań, co do tego która z postaci w części drugiej przeżyje, a która nie. Ponadto dostajemy głównego bohatera, który jest ciekawy, który ma wewnętrzne rozterki i kwestionuje naturę swoich działań. John Marston z pierwszej części nie był postacią nudną, ale Arthur Morgan moim zdaniem bije go na głowę. Jednakże, nie tylko Arthur robi robotę, inni członkowie naszego gangu również mają interesujące backstory, są dobrze zarysowani i zajmujący. Dutch, Charles i Sadie Adler to moi faworyci w tym rankingu. 

Na koniec powiem jeszcze kilka słów o trybie online, który niedawno wystartował i będzie trzymał RDR2 przy życiu jeszcze przez długi czas. Póki co mamy wątek główny, który robimy wspólnie z innymi graczami, misje poboczne, w których inni gracze mogą nam przeszkadzać i serie konfrontacji, gdzie możemy sprawdzić swoje umiejętności walki na tle innych. Ponadto możemy tworzyć bandy i wspólnie z nimi wykonywać misje. Nie ma tego dużo i na tym etapie jest jeszcze sporo niedociągnięć, ale już po pierwszej aktualizacji widać, że Rockstar bardzo uważnie przygląda się rozwojowi sytuacji i słucha feedbacku od swoich graczy. Na razie wersja beta daje najwięcej zabawy poprzez różnorodne tryby konfrontacji. Mamy tu przejmowanie stref, deathmatche drużynowe, wspinanie się w górę tabeli czy battleroyale na łuki lub noże. Tak więc zachęcam wszystkich, którym brakuje tej pozycji na półce, aby dopisali to do listy życzeń na święta. A wszystkich tych, którzy RDR2 już posiadają zapraszam do trybu online. Jeśli ktoś miałby ochotę zagrać ze mną, zapraszam do zakładki “kontakt”. Pozdro!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: