Szaleńcza misja

Mrok z wolna ogarniał duszne wnętrze chatki. Można to było dostrzec nawet mimo przesłaniających świat zasłon, tkwiących w tym samym położeniu od momentu przybycia Clyde’a. Jedyny domownik lubował się w ciemności. Pomagała mu jaśniej myśleć. A przecież po to właśnie tu przyjechał. By móc wreszcie swobodnie myśleć. Bez akompaniamentu wszechobecnej technologii, bez nieustannego wtrącania się do jego życia ludzi, którzy nie mieli o niczym pojęcia. Clyde miał misję. Wierzył, a raczej był dogłębnie przekonany, że jego zadaniem jest otwarcie umysłów ludzi na zepsucie teraźniejszego świata. Wiedział rzecz jasna, że większości nie da się uratować, ale nie dbał o to. Musiał spisać swoje unikatowe spojrzenie na świat i je upublicznić. Tylko w ten sposób mógł uzyskać duchowe spełnienie. To zadanie, które przed sobą postawił, klarowało się w jego umyśle od dłuższego czasu, dlatego wraz z nadejściem swoich dwudziestych pierwszych urodzin spakował się i wyjechał. Destynacją jego podróży i obecnym miejscem położenia była niewielka, drewniana chatka stojąca pośrodku lasu. Było to stare domiszcze, które zapewne przez wielu zostałoby określone jako brzydkie. Clyde nie uznawał jednak powszechnych kanonów piękna. Chatka spełniała jego wymogi aż nazbyt dobrze, więc nie przejmował się butwiejącym drewnem i unoszącym się wewnątrz zapachem stęchlizny. 

Młody mężczyzna podniósł się leniwie z fotela i podszedł do kominka, by dorzucić drwa. Przykucnął przy nim i wpatrzył się w wesoło trzaskające płomienie. Ciepło, dające i odbierające życie. Przez myśl przebiegła mu makabryczna wizja. Spalić cały ten świat. Spalić celebrytów z ich wyrzeźbionymi uśmiechami, spalić wyuzdane pseudo aktorki z ich małpimi ustami i krowimi zadami, spalić milionerów śpiących na złotym runie okupionym krzywdą tysięcy nieświadomych istnień. Nie. Nie jest mordercą. Ale zamorduje ich wszystkich na kartkach. Sprawi, że ludzie przejrzą tę fasadę. Usiadł z powrotem w fotelu i sięgnął po papierosy. Wyjął jednego i przyjrzał mu się uważnie swoimi czarnymi jak smoła oczami. Czy to wina rodziców czy jego własnej słabości? Dlaczego będąc tak świadomym poddaje się temu prostemu nawykowi? Dlaczego sam wkłada pieniądze do kieszeni jednego z tych milionerów, którymi tak gardzi? Odpowiedź przyszła sama, tak jak już przychodziła do niego nie raz. Ten nawyk pomaga mu się skupić, oczyścić umysł, uspokoić. A jeśli się przy tym truje, niech i tak będzie. Najważniejsze jest spełnienie misji. 

Odpalił papierosa i zaciągnął się solidnie. Tak. Teraz może wrócić do rozmyślań. Samotnia, do której się udał, okazała się nie być tak efektywna jak się spodziewał. Był tu już przeszło tydzień i wciąż nie wiedział od czego zacząć. Jego myśli błądziły po rozległych terytoriach ludzkich słabości i cywilizacyjnych przewin, lecz jedynym tego efektem był nieustannie rozbudzany gniew. Wczorajszy dzień, dla przykładu, upłynął mu pod znakiem krytyki mody, będącej ślepym dążeniem do bycia takim jak inni. Dlaczego dziś już nikt nie chce być sobą? Odrębną, unikalną jednostką. Dlaczego dziś, gdy mówimy “gwiazdy”, nikt już nie myśli o pięknie nocnego nieba, tylko o tych plastikowych twarzach nieustannie przewijających się przez nasze ekrany? Dlaczego ktoś, kogo największym talentem jest udawanie kogoś kim nie jest, został postawiony w roli autorytetu? Dlaczego ślepo naśladujemy tych, którzy są sławni? Czy to dlatego, że chcemy być jak oni? A jeśli tak, to czemu? Dlaczego w dzisiejszym świecie największą siłę przekazu mają nie uczeni czy filozofowie, ale ludzie bogaci? Przecież majątek, choćby nie wiem jak wielki, nie jest odzwierciedleniem intelektu. 

Odraza, którą Clyde żywił wobec całego społeczeństwa nieprzerwanie się pogłębiała. A przecież moda nie była najgorszą z chorób trawiących ten chory organizm. Pomyślał o reklamie. O oszustwach, dzięki niej uskutecznianych. O perfidnej, wyrachowanej metodzie ukrywania brudu za grubą kotarą pięknych obrazków. Te wspaniale prezentujące się burgery z McDonalda, wypchane ścierwem o zerowych wartościach odżywczych. Te pełne uśmiechniętych twarzy sceny udzielania kredytów, które przemilczają fakt pogrążania w biedzie przeciętnych zjadaczy chleba. Te wszystkie kosmetyki, odżywki, operacje mające na celu poprawić nasz wygląd, a w efekcie długofalowym jedynie oszpecających lub ośmieszających. Dlaczego ludzie są tak głupi? Czy to możliwe by on, Clyde, był jednym z tych nielicznych, którzy dostrzegają ukrytą prawdę? Czy to możliwe, że tylko on jeden darzy taką nienawiścią właścicieli tych żerujących na ludzkiej ciemnocie konglomeratów? A jeśli nie, to dlaczego inni milczą? Czy to przez strach przed akceptacją trudnej do zniesienia rzeczywistości? Czy może obawę przed utratą wygodnego życia, które przecież trzeba by porzucić, gdy już osiągnie się pełnię świadomości? 

Te rozmyślania zajmowały Clyde’owi całe godziny, jednak z niewiadomych sobie przyczyn nie potrafił przelać ich na papier. Nie było przecież tak, że nie próbował. Na podłodze leżało w nieładzie już co najmniej kilkanaście pomiętych kartek, wyrwanych z jednego z notatników, które ze sobą przywiózł. Obok zlewu stało kilka kubków po kawie, których nie chciało mu się myć, a na stoliku przy którym siedział lśniła nowa, już niemal zapełniona popielniczka. To wszystko sprawiało wrażenie, jakby ktoś tu bardzo ciężko pracował, jednak Clyde wcale tego nie odczuwał. Wręcz przeciwnie, czuł że marnuje czas. Jednak co mógł poradzić, skoro wszystko co do tej pory napisał było niedoskonałe, niedokładne. A przecież dzieło, które ma stworzyć, musi być doskonałe. Musi trafiać w sedno problemu, musi przemawiać do najgłębiej nawet skrywanych pokładów rozsądku. Nie może pozwolić sobie na błędy czy niedociągnięcia. Jego dzieło ma nie podlegać żadnej dyskusji. Ma przedstawiać świat jakim jest i albo ktoś przyjmie to do wiadomości albo wybierze pozostanie ślepym. 

*** 

Z każdym kolejnym dniem rutyna coraz bardziej go męczyła. Całymi dniami pił kawę, palił papierosy i jadł liche pożywienie z puszek. Co dzień siadał do pisania, ale jedynym tego rezultatem był stale zwiększający się stos porozrzucanych po pomieszczeniu kulek papieru. Stracił już rachubę czasu. Nie wiedział który był dzień tygodnia, o dniu miesiąca nie wspominając. Przestał się też golić, a nawet myć, gdyż nie widział w tym sensu i nie potrafił odnaleźć w sobie koniecznej do tego energii. Z wielką niechęcią zaczął dopuszczać do siebie myśl, że może nie jest w stanie spełnić swojego powołania. Nie chciał się jednak poddać tak łatwo. Zafiksowany na punkcie niegodziwości i fałszu tego świata wciąż próbował ująć w słowa swe rozmyślania. Wciąż był przekonany, że widzi to, czego wielu nie dostrzega, ale zwyczajnie nie potrafił przekazać tego reszcie ludzkości. 

Z biegiem czasu, powoli, acz nieubłaganie, Clyde staczał się w otchłań. Krążył wokół tych samych tematów nie mogąc dojść do konkluzji, która pozwoliłaby mu przejść dalej. Złapał się na tym, że pali dziesięć papierosów dziennie, co nigdy dotąd mu się nie zdarzało. Zaczął też odczuwać wieczny chłód, mimo że regularnie dokładał drwa do kominka. Czasem nawet nie mógł już zmieścić go więcej, a mimo to wciąż czuł na karku zimne dreszcze. Zaczął się zastanawiać, czy ten mróz nie bierze się z jego wnętrza. Z lodowatych uczuć, które żywi do świata i ludzi. Z chłodnej, uzasadnionej nienawiści, która nie rozpalała w nim już gniewu, bo ją zaakceptował. Z biegiem czasu nawet ulubiona kawa przestała mu smakować. Pił ją tylko z przyzwyczajenia i braku innego zajęcia. Zaczął też mówić do siebie, a raczej mamrotać pod nosem, oskarżycielskim, pełnym wyrzutu tonem. Narracja była niezmienna, zmieniła się tylko jego forma ekspresji. 

W miarę postępujących skutków odosobnienia i kulminacji negatywnych uczuć Clyde zaczął popadać w paranoję. Zdarzało mu się słyszeć odgłosy kroków wokół chatki. W każdej pękniętej gałęzi widział zmierzających ku niemu morderców zatrudnionych przez konglomeraty, które nie chcą by ich kłamstwa wyszły na jaw. Cienie rzucane przez płomienie z kominka coraz bardziej przypominały mu znajome, znienawidzone postaci. Raz były to Kardashianki, z jeszcze większymi tyłkami niż je zapamiętał, kuszące go swoim nienaturalnym, wypchanym silikonem biustem. Innym razem odwiedzał go Ronald McDonald ze swoją absurdalną czupryną, śmiejąc się tak głośno i wyraźnie, że Clyde mógłby przysiąc, iż naprawdę tam jest. Przy jeszcze innej okazji znikąd pojawił się Donald Trump ze swoją łysiną i brzuchem niemal dorównującym rozmiarem jego ego. Pisarz nie patrzył na niego, chcąc się skupić na swoim rzemiośle, ale czuł że ten mierzy go złośliwym, pełnym politowania wzrokiem. 

Do tego wszystkiego dochodziły koszmary, z tym że Clyde nie rozróżniał już snu od jawy. Nawiedzały go ponure wizje bestii z wytatuowanymi logotypami Marlboro, Wells Fargo i Burger Kinga. Ścigały go ogromne smoki na usługach Hilton Hotels, chcące go pożreć i zamknąć w swoim wystawnym wnętrzu. Wzorcowo zbudowany mężczyzna z nagą klatką piersiową próbował sprzedać mu odżywki, dzięki którym będzie wyglądał jak młody bóg, lecz gdy odmówił ów mężczyzna zamienił się w wilkołaka i rozszarpał mu grdykę. W końcu natknął się na roznegliżowaną Katy Perry i gdy był już bliski porzucenia ideałów dla zaspokojenia swych fizycznych potrzeb, ta przemówiła do niego głosem Nicolasa Cage’a mówiąc: 

– Czemu nas tak nienawidzisz, Clyde? 

Po tym wydarzeniu obudził się zlany potem i dogłębnie wstrząśnięty. Jednocześnie był jednak bardziej świadomy niż przez ostatnie tygodnie, a może nawet miesiące. Odetchnął głęboko. 

– Akurat ciebie nie lubię dlatego, że jesteś wyjątkowo kiepskim aktorem. – rzekł do siebie mężczyzna siadając na łóżku i uśmiechając się lekko. 

To był pierwszy raz od bardzo dawna, gdy Clyde się uśmiechnął. Nie zdarzało się to nawet wtedy, gdy jeszcze mieszkał wśród ludzi. Wstał i podszedł do okna. Rozsunął zasłony. Był słoneczny, jesienny poranek. Postanowił wyjść się przewietrzyć. Ubrał się, wstawił wodę na poranną kawę, po czym pospiesznie wyszedł na zewnątrz. Uderzyła go świeżość leśnego powietrza i piękno pożółkłych liści swobodnie opadających ku ziemi na lekkim wietrze. Nagle poczuł się tak, jakby wybudził się z bardzo długiego, głębokiego snu. Dlaczego pozwolił by owładnął nim ten ponury chaos? Dlaczego odciął się nie tylko od tego co wzbudzało jego niechęć, ale też od tego co kochał? Niewiele myśląc ruszył przed siebie, podziwiając otaczającą go naturę. Zaczynał dostrzegać źródło swojej niemocy. Teraz widział przed sobą już nie tylko cel, ale i drogę. 

Gdy wrócił do chatki, pierwszym co zrobił nie było zaparzenie kolejnej z dziesiątek kaw, lecz wyciągnięcie spod łóżka futerału, który leżał tam od jego przyjazdu. Otworzył go i wyjął skrzypce. Wziął głęboki oddech i zamyślił się. Tak. To będzie dobra melodia. Zagrał. A gdy już dał się porwać muzyce, nie mógł przestać. Grał tak długo, na ile pozwalały mu odzwyczajone od instrumentu palce, a kiedy skończył, poczuł że ciężar w jego klatce piersiowej zelżał. Nie czuł już presji swojej misji. Czuł spokój. Spokój i pewność. Gdy ponownie zasiadł do stołu by pisać pióro samo układało mu zdania. Tylko że tym razem nie były one pełne gniewu i goryczy. Zastąpiła je dosadna, rzeczowa proza. Proza, która jak miał nadzieję, będzie tym co pozwoli mu otworzyć ludzkie umysły i spełnić powołanie, które niemal doprowadziło go do szaleństwa. 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Create a free website or blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: