You will be missed

Chwilę mi zajęło otrząśnięcie się z tragicznej informacji o śmierci Mac Millera. Początkowo nie mogłem w to uwierzyć. 26 lat, przedawkowanie. Uderzyło to we mnie bardziej niż jakakolwiek śmierć osoby publicznej do tej pory. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Mac nie był jednym z raperów, chwalących się przyjmowaniem dragów w przemysłowych ilościach. Nie był  typowym swaggerem nowej szkoły, nawijającym o ćpaniu, dziewczynach wymienianych jak rękawiczki i chwalącym się kasą. Jasne, przewijały się nawiązania do eksperymentów z używkami, jak w “Loud”, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że akurat on może być tym, którego tak przedwcześnie przez to stracimy.

Wiadomym było, że od jakiegoś czasu Mac miał problemy ze sobą. Ciężko powiedzieć, czy miała coś z tym wspólnego nieszczęśliwa miłość do Ariany Grande, czy inne czynniki o których istnieniu nie mamy pojęcia. W jednym z pierwszych doniesień o śmierci Maca przeczytałem, iż powodem zerwania Ariany był właśnie problem Malcolma z narkotykami. Jak było naprawdę? Tego się raczej nie dowiemy. Powstrzymałbym się jednak od wyciągania pochopnych wniosków i wieszania psów na dziewczynie, którą tak wściekle zaatakowali internauci. Dość jednak spekulacji. Nie zabrałem się za pisanie tego tekstu po to, by roztrząsać jego śmierć, lecz by powiedzieć kilka słów o tym, jakim był człowiekiem i co znaczył dla mnie i dla wielu innych osób.

Mac Miller był artystą jedynym w swoim rodzaju. Był jednym z niewielu rozpoznawalnych, białych raperów w Stanach, co jeszcze kilka lat temu (przed G-Eazym, Post Malone’m i innymi) było nie lada osiągnięciem. Nie był on co prawda sławą z najwyższej półki, jak Eminem, ale nie zmienia to faktu, że na całym świecie zgromadził niemałą grupę oddanych fanów. Jednym z nich byłem ja, dlatego opowiem teraz wszystkim, którzy zechcą mnie wysłuchać, co było w nim takiego wyjątkowego. Przede wszystkim charakteryzował go niesamowity luz. Był zaraźliwie pozytywnym, zdystansowanym człowiekiem, z lekkim podejściem do życia, co najlepiej oddaje jego wczesna ksywka – Easy Mac. Paradoksalnie, kawałek dzięki któremu go poznałem,  był w nieco innym stylu. “Smile Back” było pewne siebie, zdecydowane, ale jednocześnie nonszalanckie, jak na Malcolma przystało. Utwór ten spodobał mi się na tyle, że stopniowo zacząłem poznawać resztę jego twórczości, aż doszedłem do jego pierwszych mixtape’ów, nagrywanych przez niego w wieku 15 lat.

Ten jedyny w swoim rodzaju luz, połączony z niezwykłą jak na rapera muzykalnością i wyczuciem rytmu sprawiał, że słuchałem go z większą przyjemnością niż większości innych artystów w tamtym czasie. Płyty Maca leciały naprzemiennie z mojego laptopa dzień i noc. Słuchałem jego spokojnej nawijki kiedy szedłem spać i gdy się budziłem. Zawsze wprawiała mnie w dobry nastrój. Nie wiem czy to kwestia tego, że dużo słuchałem go latem, czy tego że taki właśnie miał styl, ale do teraz jego stare numery kojarzą mi się ze spokojnym, letnim popołudniem, kiedy słońce jest wysoko na niebie, a głowa jest wolna od zmartwień. Pomimo tego, że jego dwie najnowsze płyty nie zachwyciły mnie tak, jak te które wydawał wcześniej, wciąż od czasu do czasu lubiłem go posłuchać. Jego unikatowe brzmienie nie przeminęło, lecz rozwinęło się, stało się bardziej wysublimowane.

Jego rozwój przejawiał się też w licznych eksperymentach muzycznych. Wspomniałem już o jego muzykalności, ale czy wiecie że Mac grywał akustyczne koncerty, z akompaniamentem prawdziwych instrumentów? Podczas nich już nie rapował, a śpiewał swoje utwory i to bez pomocy tak popularnego w dzisiejszym rapie autotune’a. Być może przez to Mac nie miał rzeszy fanów ze stricte rapowego środowiska, ale za to słuchało go wiele osób, które tej muzyki w wydaniu klasycznym nie słuchają wcale. Gorąco polecam wszystkim przesłuchanie sobie “Objects In The Mirror” w tym właśnie wydaniu, byście mogli zdać sobie sprawę z tego, jak utalentowanym artystą naprawdę był Mac Miller.

Mac Miller: The Space Migration Sessions – Objects In The Mirror

Nie byłbym sobą, gdybym nie powiedział też kilku słów o jego tekstach. Bądź co bądź, w zawodzie rapera, to co ma się do przekazania jest najważniejsze. Jego nastoletnie nawijki wręcz ociekały pozytywną energią i radością z życia. Nie były to może niesamowicie życiowe, zmuszające do refleksji teksty, ale umówmy się, raczej niewielu z nas miało coś mądrego do powiedzenia w wieku 16 czy 17 lat. Biorąc to pod uwagę, uważam że jak na tak młody wiek, Mac potrafił swoją pozytywną energię przelać na papier w bardzo dobrym stylu, a jego liryczne możliwości daleko wyprzedzały dzisiejsze młode pokolenie. Kiedy Mac stał się dojrzalszym artystą zaczął w swoich tekstach kontemplować, zastanawiać się nad istotą życia i przekazywać swoje przemyślenia słuchaczom. Jednym z najlepszych tego przykładów jest średnio popularny kawałek z albumu GO:OD AM. Nie ma co opowiadać, najlepiej przesłuchajcie i przeczytajcie tekst:

Mac Miller – I Am Who Am (Killin’ Time) feat. Niki Randa

Mac Miller – I Am Who Am (genius lyrics)

Innym przykładem tego typu produkcji było połączenie sił dwójki spośród moich ulubionych zagranicznych raperów, znajdujące się na płycie Macadelic. Jest to kawałek, który spokojnie przesłuchałem ze sto razy, a to dlatego, że nieważne ile czasu minęło, on nigdy mi się nie znudził. Polecam obejrzeć też teledysk, który jak na tę dwójkę przystało jest bardzo oryginalny w swojej prostocie:

Mac Miller – Fight The Feeling feat. Kendrick Lamar

Wielu z Was wie też pewnie, że przedostatnia płyta Maca była w całości poświęcona miłości. Jak można się domyślać, był to projekt skierowany do Ariany i opisujący łączące ich uczucie. Jednak teksty na tej płycie nie są miłosnymi piosenkami w tradycyjnym sensie. Są odważne i niekiedy bardzo dokładnie opisujące nie tylko uczucia, ale i intymne zbliżenia, które przeżywali. Moim faworytem z tej płyty jest “Cindirella”,  jedna z najdłuższych produkcji jakie słyszałem, co jednak ani trochę nie przeszkadzało mi to w słuchaniu jej raz na razem.

Mac Miller – Cinderella feat. Ty Dolla $ign

Niewiele ma to wspólnego z całokształtem twórczości Maca, ale chcę wspomnieć, że miałem przyjemność uczestniczenia w jego koncercie w Warszawie, który do tej pory jest najlepszym koncertem na jakim byłem. Zazwyczaj luźny Mac na scenie był wulkanem energii, który rozhulał całą salę w rytm swoich kawałków. Przypadek chciał, że było to niedługo po śmierci Prince’a, któremu Mac zaserwował trybut, śpiewając wraz z całą salą “Purple Rain”. Gdy teraz o tym pomyślę, żal ściska mi serce, dlatego że Malcom odszedł w tak podobnych okolicznościach do gwiazdy rocka, którą z takim szacunkiem pożegnał zaledwie dwa lata wcześniej.

To czy przedawkowanie przez niego narkotyków było celowe czy też nie, pozostanie zapewne zagadką, jednak niezależnie od tego jak było naprawdę, będzie mi brakować Maca. Był ze mną od lat i czuję się teraz jakbym stracił przyjaciela. Nie życzę tego nikomu i o ile oczywistym jest, że nie mamy wpływu na to co ze swoim życiem robią artyści, których słuchamy, chciałbym Was prosić, żebyście uważali na swoich przyjaciół. Nie pozostawajcie obojętni, kiedy widzicie że sytuacja wymyka się spod kontroli. Lepiej jest się z kimś pokłócić niż stracić go na zawsze.

Na koniec przekażę Wam jeden z tych licznych kawałków, które jak mówiłem wcześniej, przywodzą mi na myśl letnie popołudnie. Niech poprawi Wam nastrój w ten ponury, wrześniowy wieczór.

Mac Miller – Live Free

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: