Wygnanie

Tom obudził się obolały, jakby ktoś we śnie sprał go łopatą. W głowie dudniło mu tak, że minęła chwila zanim doszło do niego, gdzie się właściwie znajduje. Pierwszą rzeczą, którą zauważył było to że nie leży w łóżku, a na twardej i zimnej posadzce. Z trudem otworzył oczy i podniósł głowę. Pokój wyglądał jakby przemaszerowało przezeń stado bydła. Stoły i krzesła były powywracane i poniszczone. Sprzęt kuchenny porozrzucany po całym pomieszczeniu. Prawie jak wtedy, gdy mama wściekła się na tatę za to że wrócił pijany. W niektórych miejscach nawet podłoga ucierpiała. Połamane deski tworzyły dziury, wyglądające tak, jak gdyby ktoś szukał skarbów pod ich podłogą. Tom sam kiedyś tego próbował, ale wówczas tato bardzo się na niego zezłościł. Jak to zobaczy wpadnie w szał, pomyślał chłopiec, nieco otrząsając się z dziwnego stanu, w którym się znajdował. W tym momencie powaga sytuacji zaczęła do niego docierać, a w jego sercu zalągł się strach. Gdzie rodzice?

Wtedy ich zobaczył. Siedzieli w kącie i patrzyli przerażeni w jego stronę. Powoli obrócił się za siebie, chcąc sprawdzić czy nie kryje się tam jakiś potwór, którego skulona pod ścianą rodzina tak się boi. Nie zobaczył jednak nikogo. Spojrzał z powrotem na nich. Mama jedną ręką przyciskała mocno do siebie jego siostrę, Lucy, drugą natomiast trzymała do góry nogami miotłę. Ojciec z kolei obejmował matkę, w drugiej ręce trzymając w gotowości łopatę. O co tu chodzi? Czemu oni tak na mnie patrzą? Pytał się w duchu, bo nie miał odwagi wydusić z siebie ani słowa. 

  • Za… zabiłeś Rexa – wymamrotała Lucy. 

Chłopiec dalej nie rozumiał. Jak to zabił? Dlaczego miałby to zrobić? Kochał swojego pieska. Mimo wszystko zaczął się uważniej rozglądać po pokoju. W oczy rzuciły mu się dziwne ślady na roztrzaskanym stole. Wyglądały jak pazury dzikiej bestii. Zdecydowanie nie jak coś co mógłby zrobić swoimi drobnymi rękami. Zobaczył też Rexa, którego wcześniej przeoczył. Szary pupil leżał tuż obok niego, bez ruchu. Na jego karku, pośród oblepionego krwią futra, dało się dostrzec ślady kłów. Tom chciał przełknąć ślinę, ale zamarł. Poczuł w ustach sierść i ostry smak krwi. Nagle zrobiło mu się słabo. Zwymiotował na podłogę. 

  • Wynoś się… wynoś się z mojego domu demonie! – warknął ojciec, choć głos drżał mu ze strachu. 

Tom, cały rozdygotany, zupełnie nie wiedział co się dzieje. Czy naprawdę on zrobił to wszystko? Ale dlaczego? I jak? Niczego nie pamiętał, a pulsująca wciąż głowa utrudniała mu myślenie. Czy opanował go jakiś zły duch, jak z opowieści starego bajarza z miasteczka? Przecież teraz, pomijając ból, czuł się całkiem normalnie. W takim razie duch, kimkolwiek był, musiał już odejść. 

  • T-to ja… – wymamrotał. – N-nie wiem c-co się stało… a-ale to ja, Tom. 
  • Jesteś potworem! – zapiszczała Lucy. 
  • Nie jestem! – krzyknął rozpaczliwie Tom. 
  • Nie wiem, co się stało z moim synem… – powiedział ojciec po chwili, nadal nieco rozedrganym głosem. – Ale jego już tu nie ma. Jesteś bestią. My ci zaufamy, a ty rozszarpiesz nas we śnie. 
  • Nie… – chciał krzyknąć, ale głos uwiązł mu w gardle i wydał z siebie tylko zduszone sapnięcie. 

Ojciec wstał powoli i ostrożnie ruszył w jego stronę. Tom był przerażony. Ojciec sprał go już kilka razy, ale nigdy nie widział go jeszcze w takim stanie. Czy go zabije? Chłopiec był bezbronny, ale nawet gdyby miał w ręku miecz, nie byłby w stanie go unieść. Strach go sparaliżował. Mężczyzna wciąż trzymał łopatę w pogotowiu, jakby spodziewając się nagłego ataku ze strony swojego syna. 

  • Mówię po raz ostatni. Wynoś się. – tym razem głos ojca był zdeterminowany. Tom wiedział co to oznacza, ale nie potrafił się ruszyć, nawet gdyby chciał wykonać jego polecenie. 
  • Nie, proszę… – wyszeptał. – To nie ja. N-naprawdę. Ja nie… 
  • Nie chcę tego słuchać, demonie! – warknął unosząc łopatę jeszcze wyżej. – Wynoś się! 

Tom nie ruszył się. Wiedział co może zaraz nastąpić, ale nie chciał w to uwierzyć. Pożałował, że się obudził. Może gdyby pozostał w głębokim śnie, to wszystko by ominęło. Może rodzice zobaczyliby, że już jest nieszkodliwy. A może wciąż śpi i to wszystko to tylko wytwór jego wyobraźni? Nie miał jednak czasu na dalsze rozważania. Ojciec pochwycił go za nocną koszulę, trzymając go na odległość, jak coś bardzo obrzydliwego, i powlókł po ziemi w stronę drzwi.  

  • Nie, tato, proszę! – szamotał się rozpaczliwie, ale uścisk ojca był zbyt silny. – Proszę, to nie ja! Nie ja! Ja nic nie zrobiłem! 

Krzyki zdały się na nic. Chwilę później chłopiec został wypchnięty na zewnątrz, gdzie panował przemożny chłód. Słońce świtało, wychylając się lekko ponad horyzont, ale lato zbliżało się już ku końcowi. Większość plonów była już zebrana, Tom wiedział o tym, bo pomagał ojcu w zbiorach. Mieli duże pole pszenicy, a także znaną w pobliskim miasteczku plantację chmielu. Okoliczni farmerzy i mieszkańcy miasta darzyli ojca szacunkiem i sympatią, bo dzięki niemu mogli wieczorami raczyć się piwem w miejskich gospodach. Należące do niego pola były tak rozległe, że trzeba było zatrudniać pomocników by ogarnąć cały ten obszar. Chłopca przeszył nagły żal. Miał odziedziczyć te tereny po ojcu. Czy naprawdę już nigdy nie będzie mógł uczestniczyć w zbiorach? Co ojciec powie pracownikom? Czy skłamie, że nie żyję? Czy powie, że to był nieszczęśliwy wypadek? 

Tom nie wiedział, ile czasu spędził pod drzwiami. Początkowo walił w nie pięściami, ale gdy ojciec wyskoczył na niego z łopatą przestał to robić. Od tego momentu tylko szlochał głośno, dygocąc z zimna. Koszula, którą miał na sobie nie stanowiła dobrego okrycia przed zimnem, a na domiar złego była rozdarta i zwisała na nim niczym żebracza szmata. Stary bajarz odziany był podobnie i chłopiec zaczął się zastanawiać, czy w przeszłości spotkało go coś podobnego. Może on mógłby mu pomóc? Postanowił go odnaleźć, jeśli niedługo rodzice nie wpuszczą go do domu. Na razie jednak nie mógł się ruszyć. Nie tylko dlatego że wciąż nie mógł, a może raczej nie chciał, uwierzyć w to co się stało. Głównie dlatego, że był zupełnie skostniały z zimna i miał wrażenie, że przymarzł już do zimnego schodka oddzielającego teren domu od ogródka.  

Mijały kolejne długie minuty, a Tom pogrążył się w myślach ciemnych jak smoła. Chciał wierzyć, że jednak pozwolą mu wrócić, ale z każdą chwilą jego nadzieja topniała. Nagle ujrzał kątem oka twarz matki, spoglądającej na niego przez okno. Była lśniąca od łez, a oczy miała podkrążone, jakby nie spała całą noc. Zawołał do niej, ale zaraz znikła. Po chwili jednak okno otworzyło się i wyleciało przez nie kilka ubrań. Chłopiec pobiegł po nie pospiesznie. Nałożył na siebie spodnie i sweter, nie myśląc nawet o tym by uprzednio zdjąć piżamę. Założył także swoje skórzane buty i płaszcz, który zwykle nosił tylko w zimowe mrozy. Ku jego zaskoczeniu kieszenie płaszcza były pełne. W jednej znalazł bochen chleba, w drugiej natomiast kilka miedziaków i zwitek pergaminu. Jego matka pochodziła z rodziny miejskich kupców, dlatego umiała czytać i pisać. Nauczyła też jego, gdy tylko skończył dziesięć lat. Rozwinął liścik szybko i zaczął czytać. Pismo było niezbyt wyraźne, ale po początkowych trudnościach udało mu się je rozszyfrować. 

Tom, musisz uciekać. Tata powiedział, że jeśli niedługo nie znikniesz to sam cię przepędzi. Omijaj miasteczko, mogą tam na ciebie polować. Zabierz kucyka i wyjedź daleko stąd. Nie wiem, czy jesteś teraz sobą czy nie, ale nie wybaczyłabym sobie, gdybym choć nie spróbowała ci pomóc. 

Kocham, Mama 

Tom czuł, jak ogarnia go rozpacz. Cały dygotał, ale już nie z zimna, tylko ze strachu. Przez moment jeszcze pozostał sparaliżowany przez przytłaczające go uczucia, zanim dotarło do niego, że musi posłuchać instrukcji matki. Ojciec zawsze mu powtarzał, żeby był dzielny. Nadszedł czas by udowodnić, że potrafi. Może jeśli to przetrwa, będzie mógł wrócić do domu? Może kiedyś, gdy będzie już dorosły, zdoła przekonać rodziców, że nie jest potworem? Ucinając wszelkie dalsze myśli pobiegł do szopy, w której na noc były zamykane zwierzęta gospodarskie. Z trudem otworzył wielkie drzwi i wkroczył do środka. Zwierzęta poruszyły się niespokojnie, lecz on nie zważał na to. Podbiegł do zagrody, za którą stał kuc i otworzył ją. Pospiesznie osiodłał małego konia, który podobnie jak reszta zwierząt zdawał się być nieco zaniepokojony jego obecnością. 

  • Spokojnie Jimmy, to tylko ja, Tom. – wyszeptał do niego głosem, który miał brzmieć pokrzepiająco, ale zabrzmiał równie niepewnie co ciche rżenie kucyka. – Nic ci nie zrobię, ale musisz teraz pójść ze mną. 

Wyprowadził Jimmy’ego z zagrody i dosiadł go chwiejnie. Nie był świetnym jeźdźcem. Miał zaledwie dwanaście lat i nigdy jeszcze nie dosiadał kuca pod nieobecność ojca. Wiedział jednak, że nie ma wyboru. Szturchnął go lekko piętami i wyjechał z szopy. Pochylił się nisko w siodle, żeby nie spaść i popędził przed siebie. Słońce wznosiło się już kilka stóp ponad horyzontem. Wiedział, że niedługo zaczną się zbierać pracownicy ojca, więc musi czym prędzej opuścić te tereny. Łzy ściekały mu po twarzy, gdy mijał pola uprawne. Czy widzi je po raz ostatni? 

Ciąg dalszy nastąpi…

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: