Nieznajomy

Ulice Chicago były tej nocy wyjątkowo mroczne, bowiem gęste chmury niemal całkowicie przesłaniały księżycowe światło. Co prawda latarnie miejskie rzucały nieco blasku na zimny bruk, lecz w żadnym razie nie dawało to przechodniom większego poczucia bezpieczeństwa. Złą sławą cieszy się to miasto, pomyślał idący niespiesznie chodnikiem Kurt. I nie bez powodu tak jest, nie bez powodu.

Zmierzwione, czarne włosy przechodnia zlewały się w tej scenerii z jego ciemnym ubiorem. Stara już marynarka raczej nie dawała zbytniego schronienia przed świszczącym, chłodnym wiatrem. Mafia, gangi narkotykowe, pospolici bandyci. Wszyscy są siebie warci. W pogoni za wygodnym życiem, darowanym przez martwych prezydentów, zatracają siebie. Kurt obiecał sobie, że nigdy nie będzie jak oni. Nigdy nie zapomni, czego pragnie i co tak naprawdę się w życiu liczy.

Z zamyślenia wyrwał go hałas, dochodzący zza rogu:

  • Puść…! – urwany okrzyk był wyraźnie kobiecy.
  • Siedź cicho! – syknął męski, zdecydowany głos.

Mężczyzna w czerni obrócił się z zaciekawieniem w stronę miejsca, z którego dochodziły odgłosy. Nie potrafił rozróżnić więcej słów, lecz dźwięki szamotaniny były wyraźne. Ruszył więc powoli w stronę akcji. Tuż za najbliższym winklem, w ciemnej uliczce, rozgrywała się scena, która nie mogła zaskoczyć cichego obserwatora. To niemal filmowe, pomyślał ruszając powoli w stronę barczystego oprawcy, próbującego dobrać się do swojej ofiary. Gdy dziewczyna ujrzała go, w jej oczach dostrzegł niepomierną ulgę. Uśmiechnął się szeroko.

  • Ekhem – chrząknął głośno Kurt.
  • Co do diabła?! – oprawca odwrócił się błyskawicznie. – Czego tu chcesz przybłędo?
  • Czego ja chcę? – odpowiedział pytaniem na pytanie, udając że się zastanawia. – Nie, to nie jest istotne. Ważne jest to czego chcesz ty.
  • Co? – uniósł brwi, a jego nieskalana myślą twarz stężała.
  • Ech. – tak jak się spodziewałem, nie ma co liczyć na konwersację. – Puść tę panią. Dobrze ci radzę.
  • Co?! – inteligent się zagotował.
  • Nie znasz innych słów? – Kurt wywrócił czarnymi jak noc oczami. – Przestań stroszyć piórka i puść panią wolno, bo pożałujesz.
  • Zaraz ci… – huknął bandyta puszczając kobietę i zamierzając się potężnie na przechodnia.

Kurt uchylił się przed wyjątkowo powolnym sierpowym. Złapał rękę napastnika, wykręcił ją gwałtownie i przygwoździł niedoszłego gwałciciela do ściany.

  • Ładnie to tak, atakować bezbronne damy? – wysyczał mu do ucha lodowatym tonem.
  • Puść! – wysapał.
  • Ha, to nawet zabawne. Wydaje mi się, że słyszałem ten zwrot dosłownie przed chwilą.
  • Puść albo…!
  • Albo co? – przerwał mu, a na jego twarzy ponownie zagościł dziwny, szeroki uśmiech.

Kątem oka dostrzegł, że niedoszła ofiara przyglądała się całemu zajściu z przerażeniem. “Czemu wciąż nie uciekła?”

Bandyta szamotał się jeszcze dobrą chwilę, zanim stwierdził że uścisk w jakim trzyma go przypadkowy bohater jest nie do zerwania.

  • To twój koniec. – wyszeptał tuż przy jego skroni Kurt – Pomyśl o rodzinie, bo nigdy więcej jej nie zobaczysz.

Chwilę trwało zanim do opryszka dotarło, że przybłęda nie żartuje. W jego oczach pojawiło się przerażenie, które jeszcze chwilę wcześniej widział w oczach swojej własnej ofiary.

  • Proszę, nie…

W jednej chwili z chojraka stał się małym, przestraszonym chłopcem, błagającym o litość. Kurt czerpał z tego niesamowitą satysfakcję. Jednak na przebaczenie było już za późno. Szybkim ruchem obrócił go z powrotem twarzą do siebie i dźgnął precyzyjnie nożem. Dziewczyna za nim wydała z siebie zduszony okrzyk. W jednej chwili cały ich wszechświat zmniejszył się do tego ciemnego zaułka. Zabójca patrzył spokojnie jak życie uchodzi z wypełnionych paniką, szarych oczu napastnika. Nie znał nawet jego imienia, ale nie wywołało to u niego wyrzutów sumienia.

  • Jest pani wolna. – zwrócił się do przerażonej dziewczyny, wycierając krew o ubranie ofiary.
  • Dz-dz-dziękuję. – wydukała.

Kurt schował nóż, po czym obrócił się w jej stronę i po raz pierwszy przyjrzał dokładnie. Chaotycznie rozwiane włosy były koloru włoskiego orzecha. Pomimo niemal zupełnego mroku, na jej bladej cerze wyraźnie widać było gęsto porozrzucane piegi. Oczy miała brązowe i mądre. Na pewno uchodziła za atrakcyjną. “Znam wielu mężczyzn, którzy ubóstwiają ten kanon piękna.”

  • Jak się pani nazywa? – zagadnął ciepłym głosem, drastycznie kontrastującym z leżącym obok niego trupem.
  • C-camila.
  • Witaj, Camilo. Nazywam się Kurt. – wyciągnął do niej rękę.
  • P-pan go zabił. – niepewnie odwzajemniła uścisk.
  • Proszę, zostawmy tę kurtuazję. Wystarczy Kurt. – uśmiechnął się szeroko. – A o niego proszę się nie martwić. Jednego skurwysyna na świecie mniej.
  • Ale… tak nie można. Przecież…
  • Nie można? – zdziwił się. – On chciał wyrządzić ci wielką krzywdę.

Dziewczyna wyraźnie nie wiedziała co powiedzieć. Pomimo grubego płaszcza który ją okrywał, trzęsła się jak galareta.

  • Chodźmy, odprowadzę cię do domu. Daleko mieszkasz?

Pokręciła głową.

  • A tak przy okazji, czy my się przypadkiem nie znamy? – zagadnął.
  • Nie sądzę… – Camila nie mogła dojść do siebie.
  • Nie jesteś czasem córką Todda? – rzekł kierując dziewczynę do przeciwległego wyjścia z alejki.
  • Mój ojciec… nazywa się Adam… i nie mam z nim kontaktu od dawna.
  • Dziwne. – zmarszczył brwi. – Przysiągłbym, że widziałem cię z nim kiedyś.
  • To raczej niemożliwe… Nawet nie znam nikogo o imieniu Todd.

Kurt spojrzał na dziewczynę badawczo. Już się nieco uspokoiła. Zmiana tematu ją rozluźniła.

  • Jednak… jest w tobie coś dziwnie znajomego. – kontynuował. – Gdybyś spotkała Todda, przypomnij mu o jego długu.

Tym razem dziewczyna spojrzała na nieznajomego badawczo, ale nie mogła nic wyczytać z jego czarnych, dziwnych oczu.

  • Mówiłam panu, nie znam…
  • Nie kłam! – przerwał jej stanowczo. – Dobrze wiem kim jesteś!

Uśpione przerażenie obudziło się w dziewczynie na nowo. Kurt poczuł dreszcz ekscytacji. Jego gra toczy się dokładnie tak jak powinna.

  • Nie kłam. – powtórzył spokojnie. – Nie ma potrzeby kłamać. Nic ci nie zrobię. Chcę tylko, żeby Todd wiedział, że nie zapomniałem o naszej umowie.
  • Ale ja… – zaczęła dziewczyna, po czym ugryzła się w język. – Może ja już pójdę.
  • A skąd, nie ma mowy. Nie pozwolę ci paradować samej po ulicach, wystawioną na łaskę kolejnego zboczeńca. Przy mnie jesteś bezpieczna, Camilo.

Nie mogła nic zrobić, wiedział o tym dobrze. Wyszli już z zaułku, więc pozwolił jej kierować się w stronę swojego domu. Świszczący wiatr nieco ustał, ale na dworze wciąż panował chłód. Kurt nie zwracał jednak na niego uwagi. Ekscytacja rozgrzewała go od środka.

  • Wiesz, Camilo, nie lubię tego patriarchalnego społeczeństwa. Mężczyzn, uważających kobiety za femme fatale. To przeważający odsetek, nie uważasz? – nie dał jej odpowiedzieć. – Większość z nich za swoje porażki obwinia kobiety, jednocześnie traktując je jak swoją własność. To bardzo nie w porządku.
  • Z-zgadzam się. – odpowiedziała słabym głosem dziewczyna.
  • Różnice między nami są oczywiste, ale supremacja jednej płci nie powinna mieć miejsca. Jestem Marsem, a ty Wenus. Jesteśmy inni, jednak krążymy wokół tej samej orbity. Mamy te same cele.
  • Jak najbardziej. – odparła wciąż niepewnym głosem.
  • Mówiąc to, chcę byś wiedziała, że traktuję cię jak równą sobie. Dlatego proszę cię ostatni raz, przekaż Toddowi, że przyjdę po niego i nie wymiga się od spłacenia długu.
  • Ale ja nie znam żadnego Todda! – wykrzyknęła dziewczyna drżącym głosem i pobiegła w stronę domu, będącego prawdopodobnie jej domem.

Kurt dopadł ją nim zdążyła uciec na dalej niż kilka kroków. Złapał ją w talii i przyciągnął do siebie. Z kieszeni wyjął pięciocalowy nóż, którego ostrze jeszcze nie wystygło po poprzedniej ofierze.

  • Dług zostanie spłacony dzisiaj. – wyszeptał dziewczynie do ucha, po czym jednym, płynnym ruchem podciął jej gardło.

Ciało młodej piękności osunęło się bezwładnie na ziemię, a ubrany na czarno mężczyzna ruszył w stronę domu, w którym chciała się skryć. Jego serce biło mocno w przypływie euforii, ale jego czarne oczy pozostały puste niczym oczy lalki. Zastanawiał się co poczują jej rodzice, gdy znajdą swoje dziecko martwe. A może mieszkała już z chłopakiem? Co gdy dowie się, że jej śmierć była tak bezsensowna? Życie nie jest sprawiedliwe, pomyślał pukając do drzwi bezpiecznego domu, a następnie na powrót znikając w ciemności.

Dużo później, idąc ciemną ulicą Chicago uśmiechał się szeroko na myśl o tym, jak zdziwiona musiała być Camila w chwili śmierci. Do ostatniego tchu przekonana, że umiera za błędy kogoś innego. Że została z kimś pechowo pomylona. Życie bywa przewrotne, pomyślał a w jego sercu pojawiła się znajoma iskierka ekscytacji.
Zabawa dopiero się zaczyna.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s

Blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: