Marzec w krainie NBA

Wybaczcie mi opóźnienie, ale święta – sami rozumiecie. Marzec obrodził w wiele interesujących wydarzeń, tak w lidze jak i wokół niej. Zacznijmy może jednak od sytuacji w tabeli, bo jest co obserwować. Sezon się kończy, a play-off’owa drabinka wciąż nie jest wyklarowana. W zeszłym sezonie we wschodniej konferencji była walka na noże, natomiast w tym to zachód jest prawdziwym polem bitwy. Miejsce 4 i 10 dzieli różnica zaledwie czterech meczów, więc wszystko może się jeszcze wydarzyć. Następne podsumowanie obejmie już fazę pucharową, także to ostatnia okazja by przyjrzeć się zmaganiom sezonowym i walce o prestiżowe statuetki. Zapraszam na marzec w krainie NBA: 

Zacznijmy od wschodu, bowiem tu układ jest już niemal ustalony. Detroit ma już wyłącznie matematyczne szanse na awans, bo nikt chyba nie wierzy, że będące cztery mecze przed nimi Milwaukee da się wyprzeć. Pierwsze miejsce okupują szarżujący przez sezon Toronto Raptors. Co prawda ostatnio złapali lekką zadyszkę, ale to wciąż bardzo niebezpieczna ekipa. Gdzieś w połowie miesiąca, gdy byli jeszcze na fali wznoszącej, przerwali serię 17 zwycięstw z rzędu Houston Rockets. Ta seria, jeśli się nie mylę, była najdłuższą w tym sezonie. Do Houston jednak wrócimy za chwilę, a tymczasem chciałbym wyróżnić moją ulubioną drużynę. Boston Celtics utrzymuje drugie miejsce, będąc zaledwie dwa mecze za Raptors. Teoretycznie mają wciąż szansę na zostanie liderem tabeli, ale nie to jest najważniejsze. Boston to w tym momencie szpital polowy. Poza grą jest trzech podstawowych zawodników: Marcus Smart, Kyrie Irving oraz  oczywiście Gordon Hayward. Oprócz nich liczne mecze opuszczali także kluczowi Al Horford, Jaylen Brown czy Marcus Morris, a sezon zakończył solidny rezerwowy Daniel Theis. Mimo wszystko kunszt trenerski Brada Stevensa, zażartość w obronie i zespołowość w ataku pozwala zielonym na utrzymanie wysokiego poziomu. Wygrali ostatnie sześć spotkań, a było to zadanie niełatwe, gdyż na ich drodze kilkakrotnie stawały zespoły z ambicjami w play-offs. Odprawili z kwitkiem Raptors, Jazz, Trail Blazers i Thunder. Żeby być sprawiedliwym, musieli się nieźle namęczyć by to osiągnąć: 

The Celtics Lead The League In Being CLUTCH!

Pierwsze dwie akcje są z ostatniej serii zwycięstw. O Celtics mógłbym pisać i pisać, więc może narkobię jakiś artykuł na ich temat, tymczasem jedźmy dalej. Ciekawie wygląda sytuacja w środku tabeli, bowiem grające poniżej oczekiwań Clevland jest tylko jedno zwycięstwo przed sensacjami sezonu, Philadephią i Indianą. Oba te zespoły mają szansę zająć ich miejsce, co byłoby nie lada wydarzeniem. Żaden zespół Lebrona w ciągu ostatnich 10 lat nie był tak nisko. W tym miejscu wyróżnić muszę Philadelphię, która w końcu zamknęła usta wszystkim hejterom. Ich młode gwiazdy nie łapią kontuzji i grają wyśmienicie. Nawet Markelle Fultz wrócił ostatnio do zespołu i zagrał solidne dwa mecze. Przyszłość maluje się bardzo kolorowo dla fanów 76ers. Dalsze miejsca okupują grający przez długi czas bez swojego lidera Washington Wizards, solidne Miami Heat oraz wspomniane już wcześniej Milwaukee. 

Skoro wschód mamy z głowy, przejdźmy na zachodnią część krainy NBA. Tutaj liderem jest grające swój rekordowy sezon Houston Rockets. Rekordowy, ponieważ na ten moment mają na koncie 62 zwycięstwa, co jest wynikiem najlepszym w historii organizacji! Drużyna Jamesa Hardena nie ogląda się na nikogo. Rzucają po kilkadziesiąt trójek na mecz i deklasują konkurencję. Oby tylko demony przeszłości nie dopadły liderów podczas fazy pucharowej. Mam szczerą nadzieję, że tym razem Chris Paul zakosztuje przynajmniej finałów konferencji, a James Harden udowodni swoją przynależność do grona graczy pokroju MVP. Zaraz za Rockets plasuje się naznaczone kontuzjami Golden State. Namaszczonym na dynastię Warriors nie jest do śmiechu, bowiem pierwszą rundę play-offs z pewnością opuści dwukrotny MVP Steph Curry. Sporo czasu gry stracili także Kevin Durant i Klay Thompson. Obecnie wrócili już do zespołu, jednak w jakiej będą formie? Kilka najbliższych spotkań pokaże. 

Osiem meczów za nimi stabilnie stacjonuje Portland. Drużyna wiecznie niedoceniana przez wszystkich zaliczyła w marcu serię 10 zwycięstw, a jej lider o którym pisałem jakiś czas temu, niespodziewanie znalazł się w konwersacji MVP. Dame Lillard gra w tym sezonie jak natchniony, a wtórują mu świetni CJ McCollum i Jusuf Nurkić. To jednak nie wszystko, Trail Blazers znacznie poprawili swoje statystyki defensywne, a ich ławka jest obecnie jedną z lepszych w lidze. Miejcie oczy otwarte, bo może się okazać że zimnokrwiste Portland jeszcze namiesza w fazie posezonowej. 

Dalej jest już istne szaleństwo. Aktualnie w stawce znajdują się kolejno San Antonio, Oklahoma, Utah, Minnesota i Nowy Orlean. Tuż za nimi o ósemkę walczy Denver oraz LA Clippers. Osobiście mam nadzieję, że obecna sytuacja się utrzyma, ale tutaj nic nie wiadomo. Układ zmienia się codziennie, ilekroć ktoś wygra lub przegra, przesuwa się o dwa czy trzy miejsca w górę lub w dół. Nie podejmuję się typowania układu drabinki, więc powiem po prostu kilka słów na temat zespołów w stawce. Zacznę od najsmutniejszego zaskoczenia, czyli San Antonio Spurs. Pozbawieni przez niemal cały sezon Kawhi Leonarda zwyczajnie nie mają już sił. Tony Parker powrócił po poważnej kontuzji, ale zarówno on jak i Manu Ginobili młodsi już nie będą. To samo właściwie tyczy się tymczasowego lidera, LaMarcusa Aldridge’a, choć trzeba przyznać, że marzec zaliczył wyjątkowo mocny. Spurs to marka sama w sobie i gdy widziałem jak na moment wypadli ze stawki ogarnął mnie smutek. Ostatni raz gdy nie grali w play-offs w kinach leciał Titanic, nikt nie wiedział kto to Harry Potter, a Lonzo Balla nie było jeszcze na świecie. Niestety realia są takie, że nawet jeśli San Antonio zawita w PO* to czeka ich szybki wyjazd na ryby. 

Podobnie sprawa wygląda w Minnesocie. Każdy kolejny dzień bez informacji o zwolnieniu Toma Thibodeau to dzień stracony. Nie zrozumcie mnie źle, to prawdopodobnie elita defensywnych trenerów, ale to w jaki sposób zajeżdża swoich zawodników jest nie do pomyślenia. Starterzy prowadzonych przez niego drużyn rokrocznie mają największe średnie minut w lidze. Przekłada się to nie tylko na zmęczenie materiału, ale przede wszystkim na kontuzje. W tym sezonie trafiło na Jimmy’ego Butlera, którego kontuzja spowodowała spadek Timberwolves ze stabilnego czwartego miejsca do walki o udział w post-season. Niemniej jednak to młody, utalentowany i głodny zwycięstw zespół, dlatego mam nadzieję, że utrzymają się w stawce. Jeszcze większą nadzieję mam, że styl prowadzenia tej drużyny nie doprowadzi do złamania kolejnej kariery, tak jak to miało miejsce w przypadku Derricka Rose’a. A propos, najmłodszy MVP w historii dołączył w tym miesiącu do Minnesoty. Był to jedyny zespół, który zaoferował mu kontrakt inny niż 10-dniowy… 

Jeszcze inna naznaczona kontuzjami drużyna to New Orleans Pelicans. Tutaj jednak zerwany ACL*, kończący sezon DeMarcusa Cousinsa, podziałał na zawodników motywująco. Anthony Davis odpalił beast mode i gdyby miał trochę większe wsparcie niż solidnie grający Jrue Holiday i Rajon Rondo to pewnie też mówilibyśmy o nim w kategorii MVP. Niestety, sam AD nie wystarczy do walki o najwyższe cele, więc nie spodziewam się by Nowy Orlean narobił zamieszania w play-offs. 

Kolejna drużyna w stawce to Oklahoma City Thunder. W tym przypadku nie bardzo wiem co mam powiedzieć. Sprowadzili do siebie Carmelo Anthony’ego i Paula George’a, którzy grają bardzo nierówno, co przekłada się na wyniki drużyny. Tylko czy to aby na pewno jest ich wina? Przyznam się, że nie oglądam dużo meczów OKC*, jednak są pewne fakty, które pozwalają mi myśleć iż winnym wciąż jest Russel Westbrook. W zeszłym sezonie grał z Victorem Oladipo, który również nie błyszczał u jego boku, a w tym roku poprowadził Indianę do PO i dostał pierwsze powołanie do All-Star Game. Dwa lata temu głównie za sprawą złych decyzji w końcówkach Russela Golden State udało się odrobić deficyt 3-1 i wygrać finały konferencji. Moim zdaniem Westbrook to typowy jeździec bez głowy i tylko jeśli skupia się na rozgrywaniu i wjazdach podkoszowych OKC może regularnie wygrywać. Biorąc to wszystko pod uwagę, uważam że z odpowiednim poziomem skupienia są w stanie walczyć z najlepszymi. Poziomem talentu biją na głowę większość drużyn w lidze, a z motywacją nie powinno być żadnego problemu, zwłaszcza jeśli przyjdzie im się zmierzyć z Golden State. 

Ostatnią ekipą w wyścigu, nie licząc Denver i Clippers o których nie będę już pisał bo mam jeszcze kilka innych rzeczy do powiedzenia, są Utah Jazz. Latem stracili swoją opcję nr. 1 w ataku, Gordona Haywarda, w którego buty niespodziewane wszedł rookie Donovan Mitchell. Młody jest wręcz bezczelnie pewny siebie i diabelsko utalentowany. Jest najlepszym strzelcem wśród pierwszorocznych i zaprawdę mówię Wam, będzie wielką gwiazdą w przyszłości. Gdyby nie to że Ben Simmons z Philly jest dużo wszechstronniejszy, z pewnością zgarnąłby statuetkę Rookie of the Year. Nie należy jednak zapominać o elitarnym obrońcy obręczy Rudym Gobercie, a także rozgrywających świetne sezony Rickym Rubio czy Joe Inglesie. Wszystko to spaja Quin Snyder, który obecnie wygląda jak jeden z najlepszych trenerów w lidze. Większość sezonu Jazz byli poza stawką, jednak konsekwentna walka dała im miejsce w ósemce i mam nadzieję że je utrzymają. 

Skoro mamy za sobą przedstawienie sytuacji w tabeli, kilka słów o nagrodach, a raczej o moich przewidywaniach odnośnie tegorocznych zwycięzców.

MVP – James Harden. Nie ma wątpliwości. Dwa razy był blisko, tym razem musi wygrać. Nikt nie zagrał równie dobrego sezonu, zarówno indywidualnie jak i drużynowo. 

DPOY* – Rudy Gobert? Trochę mi za to wstyd, ale nie bardzo śledzę defensywne statystyki. Rudy to pierwsza osoba, która przyszła mi do głowy. Może to być też Paul George, który lideruje lidze w tzw. “deflections” czyli wybiciach piłki. Jego obrona indywidualna zgarnia bardzo dużo pochwał w tym sezonie. 

ROTY* – Ben Simmons/Donovan Mitchell. Marzy mi się podwójna nagroda, jak to miało miejsce w przypadku Jasona Kidda i Granta Hilla. To jednak mało prawdopodobne, więc obstawiam Bena, który jak już mówiłem jest dużo bardziej wszechstronny. Ma przewagę w każdej z głównych statystyk, poza punktami. 

Sixth Man of the Year* – Lou Williams. Bez dwóch zdań. Jest pierwszą opcją ataku Clippers wychodząc z ławki. Średnio dostarcza niecałe 23 punkty i 5 asyst na mecz + rozegrał niesamowity, 50-punktowy mecz w wygranej z Golden State Warriors. 

Lou Williams Scores Career High 50 Points vs The Golden State Warriors

MIP* – Victor Oladipo. O tym panu już wspomniałem. Wyraźny postęp względem poprzedniego sezonu. Pierwszy występ w ASG, z miejsca został liderem opuszczonej przez Paula George’a Indiany i wprowadził ją do PO. Zasługuje, to pewne. 

COTY* – Mike D’Antoni. Wygrana ponad 60 meczów to nie przelewki, zwłaszcza że nikt nie spodziewał się takiego progresu Rockets po dodaniu Chrisa Paula. Jednakże Mike wygrał już tę statuetkę w zeszłym roku, więc dziennikarze mogą chcieć uniknąć powtórki i wręczyć nagrodę Dwane’owi Casey, który również zrobił świetną robotę ze swoimi Raptors. Honorable mentions: Brad Stevens, Quin Snyder.

Na koniec mam dla Was kilka ciekawostek. Część z Was pewnie już o tym słyszała, bo było to wydarzenie bez precedensu. Mianowicie, legenda LA Lakers Kobe Bryant, dwa lata po przejściu na emeryturę, wygrał Oscara za swój krótkometrażowy film pt.  “Dear Basketball”. Obczajcie sobie: 

“Dear Basketball” by Kobe Bryant

Inna ciekawostka to ogłoszona niedawno klasa Hall of Fame 2018, do której załapali się między innymi dwukrotny mistrz NBA i rekordzista trafionych rzutów za trzy Ray Allen, dwukrotny MVP i prototypowy rozgrywający w systemie Mike’a D’Antoniego Steve Nash oraz inny genialny rozgrywający, o którym przypadkiem już w tym tekście wspomniałem, czyli Jason Kidd. Gratulujemy! Cała trójka zdecydowanie zasłużyła na ten zaszczyt i cieszy mnie że nie musieli długo czekać na swoje powołanie. 

Ten tekst wyszedł mi jeszcze dłuższy niż ostatni, ale jeśli jaracie się tym co się dzieje w lidze tak jak ja to nie powinniście się nudzić. Do zobaczenia za miesiąc! 

 

Poniżej słowniczek dla mniej zorientowanych w kuluarach NBA:

*PO – NBA Play-Offs
*ACL – Więzadła krzyżowe. Ich zerwanie jest dość częstą kontuzją, kończącą sezon zawodnika który jej uświadczył.
*OKC – Oklahoma City Thunder
*DPOY – Defensive Player of the Year (najlepszy obrońca)
*ROTY – Rookie of the Year (najlepszy pierwszoroczny)
*Sixth Man of the Year – najlepszy rezerwowy
*MIP – Most Improved Player (gracz, który poczynił największy postęp)
*COTY – Coach of the Year (najlepszy trener)
faza pucharowa=play-offs=post-season

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: