Ilmarin – elfia legenda

To była moja ostatnia podróż. Elfy są długowieczne, jednak po latach doświadczeń w walce, czułem że słabnę. Mój refleks nie był już taki jak niegdyś, zwinność i siłę także nadwątlił czas. Wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał zakończyć moją jednoosobową krucjatę przeciwko złu tego świata, ale nie chciałem się z tym pogodzić. Moi dwaj milczący towarzysze, legendarne stworzenia, bez których moje sukcesy by nie istniały, wciąż miały się dobrze. Nie wiedziałem, czy feniksy i jednorożce w ogóle mogą kiedyś umrzeć śmiercią naturalną. Niestety moja własna siła, wbrew temu co wydawało mi się gdy byłem młokosem poszukującym przygód, malała w oczach. Z perspektywy czasu cieszę się, że spotkało mnie tylko to, co mnie spotkało. Dzięki temu zdałem sobie sprawę, że mój czas nadszedł, zanim było dla mnie za późno.

***

Było już późne popołudnie, gdy Ilmarin dotarł na miejsce wskazane mu przez górskiego przewodnika. Powietrze było tu gęste, mimo zimowego niemal mrozu. “Już wiem dlaczego tak rzadko odwiedzam góry” – pomyślał wojownik, zeskakując z jednorożca. “W zimę jest zimniej, w lecie cieplej, a oddychać zawsze jest ciężej.” Rzucił na ziemię torbę z prowiantem. Na jego ramieniu z gracją wylądował krwistoczerwony ptak.

  • Odpoczniemy tu chwilę, przyjaciele. – rzekł gładząc wierzchowca po śnieżnobiałej grzywie. – Nie wiemy co może nas czekać za tymi wzgórzami.

Elf usiadł na pobliskim pniu i rozpakował prowiant. Tutejsza dziczyzna nie do końca odpowiadała jego żywieniowym upodobaniom, ale nie miał wyboru. Rzadko zapuszczał się w te strony i jego wiedza o tutejszych owocach była niewielka, a łatwo było tu zjeść coś trującego. Oprócz mięsa nabył też trochę sucharów i czarnych jagód nocnych, jak nazywali je tutejsi ludzie. To właśnie oni byli powodem jego obecności tutaj. Gdy był jeszcze na dalekim wschodzie, dotarł do niego posłaniec z bardzo niepokojącymi wieściami. Mianowicie nastroje w góralskich wioskach były ostatnimi czasy bardzo nerwowe, z powodu domniemanego zbierania się złych sił na południu gór Kharma. Mieszkający tam ludzie zaobserwowali grupki potworów podróżujące w górę rzeki. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie regularność tych zdarzeń oraz różnorodność widywanych ras. Widziano tam ogry, zamieszkujące wyłącznie północne tereny gór, trolle które znane są z braku umiejętności jakiejkolwiek współpracy z kimkolwiek, a nocami nawet gobliny, które niemal nigdy nie zapuszczają się na dalsze odległości od swoich głębokich jaskiń. To wszystko pozwalało myśleć, że ktoś próbuje utworzyć w tych rejonach armię. Armię, która byłaby zagrożeniem nie tylko dla mieszkańców gór, ale i dla reszty świata. Prymitywne rasy jak orkowie, czy wymienione wcześniej stwory, nigdy nie były zdolne do utworzenia regularnego wojska, ale jeśli jest ktoś, kto im przewodzi, jest to sprawa której zdecydowanie trzeba się przyjrzeć. A któż inny mógłby się tego podjąć, jak nie sławny na cały świat bohater Ilmarin? Strażnik pokoju, jeździec jednorożca, płomienny wojownik.

Tak po prawdzie, elf długo się zastanawiał, czy jest to zadanie dla niego. Nigdy nie odmówił pomocy, gdy ktoś o nią prosił, jednak cała armia? Będzie musiał zbadać sprawę po cichu. Nie ma mowy o samotnej konfrontacji z setkami potworów. Kończąc zimny posiłek, postanowił być ostrożny, jak jeszcze nigdy wcześniej.

  • Poczekaj tu na mnie, Aerin, dobrze? – rzekł do jak zwykle stoicko spokojnego jednorożca. Nigdy nie wiedział czy to jedna z jego wrodzonych umiejętności czy tylko tak mu się zdawało, ale zawsze gdy patrzył w oczy swojego towarzysza, odzyskiwał spokój. – Co do ciebie, Qurion, postaraj się nie rzucać w oczy. Leć wysoko i wróć do mnie kiedy tylko dostrzeżesz coś podejrzanego.

Jego mityczni przyjaciele nie potrafili mówić, ale on potrafił czytać ich umysły. Każdy elf był połączony z otaczającym go światem i wszelkimi stworzeniami. Dzięki temu stanowili nieocenioną pomoc, nie tylko w bezpośrednim starciu z przeciwnikiem.

Ilmarin rzucił ostatnie spojrzenie na prowizoryczne obozowisko, obmyślając ewentualne drogi ucieczki, po czym nałożył kaptur i ruszył w górę ścieżki. W tych okolicach zalesienie było niewielkie, dlatego możliwości ukrycia się ograniczały się do większych kamieni i wzgórz. Szedł więc bardzo cicho i powoli. Potwory nie były najbardziej spostrzegawczymi istotami z jakimi miał do czynienia, jednak tak naprawdę nie wiedział czego może się spodziewać, gdy dojdzie do celu podróży. Na niebie widniała już ostatnia łuna zachodzącego słońca, gdy do jego uszu doszedł odgłos dudnienia. Ziemia drżała, lecz co dziwniejsze, nie słyszał żadnych odgłosów harmidru, zwykle towarzyszących dużym oddziałom. Szedł jeszcze długo, zanim zrozumiał dlaczego. Armia była jeszcze daleko, lecz jej liczebność była tak duża, że odgłosy setek wielkich stóp rozbrzmiewały na mile od obozowiska. W sercu wojownika zagościł niepokój. Być może sprawa wyglądała jeszcze gorzej niż się spodziewał.

Niedługo potem dotarł do wzgórza, zza którego dało się już wyraźnie słyszeć ryki wszelakiej maści stworów. Aby podejść niepostrzeżenie musiał się wspiąć na górę. To, co tam zobaczył, zamieniło niepokój w jego sercu w istne przerażenie. Nie setki, lecz tysiące potworów. Wśród nich także barbarzyńskie plemiona ludzi, żyjące u podnóży gór i wiecznie walczące między sobą. Wydawało się to nieprawdopodobne, ale ktoś z nich musiał zjednoczyć całą tę hordę. W oddali dostrzegł nawet behemoty, w których istnienie powątpiewał aż do teraz. Nagle w przestrzeni rozległ się przeraźliwy pisk, a zaraz potem grzmot. Ilmarin błyskawicznie obrócił wzrok ku górze i zamarł. Wysoko na niebie szybował ptak gromu. Stworzenie równie rzadkie i niebezpieczne co feniks, jednak znane z dużo większej agresywności i nieprzewidywalności. Przez chwilę patrzył z podziwem na spowitego błyskawicą, ciemno niebieskiego ptaka, który w następnej chwili rozpoczął pikowanie wprost w obozowisko. Ku jego zdziwieniu, zajście to nie spowodowało zbyt wielkiego poruszenia wśród obecnych tam bestii. “Niemożliwe. Historia nie zna żadnego przypadku współpracy ptaków gromu z ludźmi.” – pomyślał, po czym stracił stworzenie z oczu. Rozsądek podpowiadał mu by zawrócić czym prędzej, jednak serce wojownika nie pozwalało mu uciec bez choćby wiedzy o tym, kto odpowiada za to przedsięwzięcie. Na szczęście lub nieszczęście, na odpowiedź nie musiał długo czekać. Na podwyższeniu, które wcześniej uszło jego uwadze, pojawił się niewysoki człowiek, odziany w dziwne, kolorowe szaty. Na twarzy był umalowany czerwienią, a na jego szyi dostrzegł coś co przypominało naszyjnik z kości. “Szaman. Więc tu jesteś, sprawco zamieszania.”

  • Chłopcy – rozległ się ryk, głośniejszy od warczenia bestii. – Mój podniebny przyjaciel mówi mi, że mamy towarzystwo.

Elf zamarł na moment, ale szybko się otrząsnął. Nie miał zamiaru słuchać co jeszcze do powiedzenia miał szaman. Zeskoczył czym prędzej ze wzgórza, na które się wspiął i przeciągle gwizdnął.

  • Sprowadźcie go do mnie żywego! Jazda!

Aerin jak zawsze zjawił się zaledwie moment po wezwaniu. Ilmarin wskoczył na jego grzbiet i pogalopował w dół ścieżki. Nim zdążył się obrócić za siebie, usłyszał kolejny grzmot. Gdy tylko spojrzał w górę, dostrzegł że szamański pupil szybował w jego stronę z prędkością nieosiągalną dla żadnego innego stworzenia. Quiron był jednak czujny. W następnej chwili w ptaka gromu uderzyła ognista kula, pozbawiając go na moment równowagi. Po chwili jednak zrodzony z burzy drapieżnik znów wzbił się w górę i posłał w stronę feniksa grom, którego ten ledwo zdołał uniknąć. “Uciekaj, Quiron. Uciekaj.” – starał się mentalnie przekazać mu elf. Ogień, choćby nawet z paszczy smoka, nie skrzywdzi feniksa. Ale piorun, tego nie był pewien. Podniebna walka trwała jednak dalej, a wojownik uciekał na grzbiecie swego wierzchowca przez kręte górskie ścieżki.

Nagłe łupnięcie kompletnie zbiło go z tropu. Wylądował na ziemi, a zaraz obok niego padł Aerin. Zanim zdążył zrozumieć co się stało poszybował w górę, uniesiony przez kogoś jak szmaciana lalka. Rozmytym wzrokiem spojrzał w dół na swego oprawcę. Troll. Nie zdążył zareagować, został rzucony na ziemię. Przez szum w uszach usłyszał rechot bestii. Nie mógł dać się złapać. Wsparł się rękoma i z wielkim trudem wstał na nogi. Trolle szydziły z niego w swoim prymitywnym języku.

  • Wiecie – wysapał słabym głosem. – To głupota czyni z was słabych przeciwników.

Zanim trolle zdołały przetworzyć co do nich powiedział, Ilmarin złożył palce w symbol i wyszeptał:

  • Vita mortis carea.

Zaklęcie przywróciło mu siły życiowe i zniwelowały szok. Szybko dobył miecza i cofnął się na bezpieczną odległość. Kątem oka spojrzał na jednorożca. “Żyje, ale źle z nim. Odpłacę wam za to.” Zapominając o ścigającym go patrolu wywinął młynka i ustawił się w pozycji bojowej. Przed nim stało sześć górskich trolli. Przestały rechotać. Teraz to one były w szoku. Elf szybko ocenił sytuację. Nie mógł rzucić się na taką grupę ze zwykłym mieczem, potrzebował wzmocnienia. Jego oręż miał magiczne zdolności absorbowania energii, jednak Quirona wciąż nie było w pobliżu, aby mógł użyczyć mu swojego płomienia. Na szczęście dostrzegł obok siebie zamrożoną kałużę. “To powinno wystarczyć”. Zbliżył się do niej powoli, by uniknąć gwałtownej reakcji trolli, po czym dotknął tafli czubkiem ostrza.

  • Effusio – wyszeptał, a klinga momentalnie pokryła się grubą warstwą lodu.
  • Na co czekacie, głąby? – warknął w ich stronę. – Teraz!

Rzucił się do ataku. Uniknął potężnego machnięcia maczugą pierwszego z napastników, a jego klinga rozpłatała mu kolano. Następny cios leciał już w jego stronę, więc zasłonił się utworzoną w oka mgnieniu lodową tarczą. Ta zatrzymała cios, ale została rozbita. To wystarczyło. W następnej chwili skoczył w drugą linię napastników i wbił ostrze prosto w żołądek niczego nie spodziewającego się trolla. Wychodzące z miecza jak kolce sople rozerwały jego wnętrzności. Wyrwał ostrze i skierował je w stojącego obok przeciwnika. Z czubka klingi wystrzelił lodowy promień częściowo zamrażając gotującego się do zamachu olbrzyma. W tym momencie Ilmarin został odrzucony o kilka metrów ciosem pięści rozwścieczonej bestii, którą zostawił za plecami. Otrząsnął się szybko, zaklęcie wciąż działało. W następnej chwili już miotał w trolle soplami długości włóczni. Uchylił się przed ciosem najbliższego z nich, po czym zadał mu potężne cięcie w kark. Potwór z uszkodzoną nogą usiłował dosięgnąć go maczugą, ale on bez problemu sparował słaby zamach i wyskoczył z kontrą. Ostatni z żywych trolli okazał się szybszy niż on. Nim elf obrócił się by zmierzyć się z ostatnim z przeciwników, oberwał potężnym zamachem, który posłał go na kamienną ścianę. Był ledwo żywy, gdy usłyszał ten przerażający pisk. Ptak gromu był blisko.

Musiał się otrząsnąć. Ostatkiem sił uniósł klingę i wbił ją w ziemię, tworząc lodową ścianę oddzielającą go od rozsierdzonej bestii, której towarzyszy właśnie pozabijał. Złożył palce w symbol.

  • Ossa subire – wyszeptał, po czym jęknął w bólu. Jego pogruchotane kości zostały sklejone, ale jego siła życiowa ulatywała.

Ledwo udało mu się uniknąć ciosu, którym troll rozbił w proch lodową ścianę, po czym popędził w stronę Aerina w biegu zdejmując z pleców łuk. Posłał dwie strzały które na moment zatrzymały pędzącą za nim bestię.

  • Vita mortis carea – skierował zaklęcie w stronę jednorożca, który z trudem wstał z ziemi. W tym samym momencie Ilmarin dostrzegł w oddali biegnącą w ich stronę hordę barbarzyńców. Wskoczył na grzbiet wierzchowca. – Aerin, dalej!

Jednorożec wystartował w dół ścieżki, a elf miotał strzały w kierunku pędzącego za nimi pościgu. Kolejny grzmot przypomniał mu trwającą wciąż walkę w przestworzach. Spojrzał w górę i dostrzegł Quirona, bardzo spowolnionego i osłabionego. Po drugiej stronie zwiadowca szamana również nie wyglądał najlepiej, ale wciąż był szybszy od feniksa. “Pora przechylić szalę zwycięstwa.” Podniósł łuk w górę i uważnie wycelował. Zwolnił cięciwę, a strzała napędzana magicznym łukiem poszybowała w górę. Minęła cel, ale nie o tyle, żeby ptak nie zwrócił na nią uwagi. “Teraz, Quiron. Teraz!” Ponownie uniósł łuk w górę i posłał kolejną strzałę. Feniks spostrzegłszy szansę ucieczki zapikował w kierunku osłaniającego go Ilmarina. Po chwili wylądował tuż przed im, na grzbiecie Aerina. Elf nie ustawał w próbach ustrzelenia zwiadowcy, który go wydał. Jego próby okazały się bezskuteczne, ale zmęczony unikaniem strzał ptak w końcu zawrócił do swego właściciela.

Po wielogodzinnej ucieczce i niezliczonych zaklęciach rzucanych na całą trójkę, pewni że już nikt ich nie ściga, skryli się w krzakach, z dala od głównej drogi i opadli wycieńczeni do cna. Następnego dnia pogalopowali by czym prędzej opuścić góry. “To mnie przerosło – przyznał sam przed sobą Ilmarin. – Ale nie zostawię tego tak. Są ludzie potężniejsi ode mnie, którzy mogą zakończyć to szaleństwo.” Tak więc jeździł od królestwa do królestwa. Odwiedził Zakon Magów i przywódców Elfickich Klanów. W niektórych miejscach go wyśmiewano, nie dawano za grosz wiary w brednie o behemotach i ptakach gromu. Inni mimo okazywanego szacunku nie potrafili uwierzyć w szalonego szamana, który zjednoczył górskie bestie. Jeszcze inni mówili, że to nie ich sprawa. Że wojna, która nadejdzie nie będzie ich wojną. A co do samego Ilmarina, to była jego ostatnia przygoda. Dlaczego? Niech sam wam opowie.

***

Straciłem swój miecz, niemal straciłem życie, ale co przeraziło mnie najbardziej, mogłem też stracić towarzyszy podróży. Towarzyszy, którzy sami mnie wybrali. Którzy uwierzyli w moją młodzieńczą wizję, iż razem będziemy niepokonani. Nie. Nie mogłem dłużej ich narażać. Dzień, w którym zostałem zaskoczony i pokonany, był ostatnim dniem Ilmarina.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s

Blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: