Olimpijczyk

Nadchodzi zima. Bezwzględna i nieunikniona. “Jaki dziś dzień? Przysiągłbym, że listopad dopiero się zaczął.” – pomyślał Robert, powoli otwierając zalepione powieki. Rozejrzał się wokół. Szósty zmysł go nie omylił, miejska sceneria wypełniona była bielutkimi płatkami śniegu. Rzeka Motława, jak i okoliczne budynki, były ledwie widocznie w tej mroźnej zamieci. Zadrżał z zimna. Znajomy, tępy ból przeszył jego czaszkę. “Czeka mnie kolejny ciężki okres.” Podniósł do ust butelkę taniego wina, tylko po to by się przekonać, że nic już z niego nie zostało.

  • Szlag by to… – wymamrotał słabym głosem. “Trzeba będzie wyprosić na poranną lampkę.”

Z trudem podniósł się z ławki, na której spędził noc, po czym strzepał z siebie ospale cienką warstwę śniegu, która zdążyła się już na nim zadomowić. Pamięć powoli zaczęła do niego wracać. Jakiś dzieciak proponował mu wczoraj pracę. “Nie nadaję się do żadnej pracy” – parsknął w myślach, po czym ruszył w stronę najbliższego spożywczego. O tej porze tylko tam dało się wyżebrać jakieś pieniądze.

Robert nie lubił poranków. Były tym momentem trzeźwości, z którym nie potrafił sobie poradzić. Wtedy zawsze przeszłość wracała do niego i dobijała jak sztylet wbity w nerki. Nieuniknione więc było sięgnięcie po butelkę, by rozmyć pamięć i funkcjonować dalej. Nie inaczej było dzisiaj. Flesze z minionych, barwnych lat migały mu przed oczami wznawiając wieczną wewnętrzną walkę. Musiał zamknąć wszystkie usta zadające mu w głowie pytania, na które nie znał odpowiedzi.

  • Hej, chłopcze – zagadnął rudowłosego młodzieńca, wyglądającego na nie więcej niż dwadzieścia wiosen. – Masz może parę złotych by wspomóc byłego olimpijczyka?
  • Byłego olimpijczyka powiadasz? – odparł wyraźnie pobłażliwym tonem chłopak.
  • Owszem. Boksera. Walczyłem w mistrzostwach Polski, synu.
  • Mistrzostwach Polski? – nastolatek był coraz bardziej rozbawiony. – A z kim pan walczył, jeśli mogę spytać?
  • Z Wielkim Gregorem. Położyłem go lewym sierpem w trzeciej rundzie.
  • Hmm – chłopak nie wydawał się przekonany – To co taki wielki bokser jak pan robi tutaj?
  • Zbiera na piwo. – odparł Robert bez wahania.
  • No dobrze, dam panu na piwo, ale najpierw niech mi pan pokaże coś co tylko zawodowy bokser potrafi.

“Wymagający gnojek” – westchnął w myśli olimpijczyk, po czym przykląkł na ziemi. Jedną dłonią podparł się na chłodnym betonie, drugą zaś schował za plecami. Niestety, próba uniesienia ciężaru własnego ciała jedną ręką zakończyła się kompletnym fiaskiem, bokser upadł z łomotem na pokrytą białym dywanem ziemię. Ledwo zdążył się zorientować co się stało, a już usłyszał nad sobą głośny rechot.

  • Prawie ci się udało mnie nabrać. Poćwicz trochę to może ktoś kupi tę twoją bajkę.

Robert z trudem podniósł się z kolan, walcząc ze wstrętnym kacem, chcącym za wszelką cenę zatrzymać go przy ziemi. Przed oczami migotały mu białe plamki i nie umiał rozpoznać czy to jeszcze śnieg, czy już wycieńczenie organizmu. W uszach ciągle dźwięczał mu wstrętny śmiech rudzielca, ale nie mógł sobie teraz pozwolić na załamanie. Musiał dotrzeć do sklepu zanim wspomnienia całkiem nim zawładną.

Ruszył więc dalej, a flesze obrazów z przeszłości stawały się coraz wyraźniejsze. Jego życie zatoczyło koło. Gdy zaczynał trenować w starej, śmierdzącej potem i rozpadającym się drewnem salce, też nikt w niego nie wierzył. Gdy stawał na ring po raz pierwszy w poważnej lidze, nikt nie stawiał na niego.

A jednak walczył i wygrywał. Wygrał przecież tytuł. Ale czy na pewno? Czy to nie tylko kolejne urojenie? Dzieciaki, które zagadywał na co dzień tak rzadko wierzyły w jego historię, że on sam zaczął ją kwestionować. Czy faktycznie był kiedyś mistrzem kraju? Czy był kiedyś na szczycie? Czy jednak całe życie spędził tu, nad Motławą, szukając po kieszeniach ostatnich groszy brakujących mu do piwa.

Nie umiał odpowiedzieć na te pytania, więc zagadnął czym prędzej kolejnego chłopca, z torbą na ramieniu, spieszącego zapewne na uczelnię.

  • Trzymaj dwójkę, Robercie. – rzekł pospiesznie młodzieniec, wręczając mu błyszczącą monetę. – Tylko nie wydaj na głupoty.

Szczęśliwy z otrzymanych pieniędzy, nie zdążył się nawet zdziwić skąd nieznajomy zna jego imię. Czym prędzej wszedł do pierwszego sklepu jaki napotkał i kupił najtańsze piwo w puszce, po czym usiadł na pobliskiej ławce i pociągnął długi łyk zbawiennego trunku. Im dłużej pił, tym bardziej zamazane stawały się obrazy w jego głowie. Jak przez mgłę widział Wielkiego Gregora, upadającego na deski. Czy to on go znokautował, czy tylko widział to wydarzenie w telewizji i przypisał sobie czyjeś zasługi? Nie wiedział, więc pił dalej. A gdy skończył, zapadł w długi, niespokojny sen.

Powoli kończył się dzień, lecz słońce świeciło jeszcze wysoko. Bezchmurne niebo wyglądało na letnie, lecz Robert i tak czuł się jak w wannie pełnej lodu. Rozejrzał się i rozpoznał znajomą ulicę Piwną, a na niej siebie, stojącego z grupką młodych ludzi. Wszyscy śmiali się, a on opowiadał historię. Czy śmiali się z nim, czy z niego? Nie umiał powiedzieć. Kątem oka zauważył idących wzdłuż ulicy, wesoło gawędzących chłopców. Dziwnie zapragnął usłyszeć o czym rozmawiają.

  • Patrz, to ten bezdomny co mówi że był bokserem. – rzekł niższy z nich, w kruczoczarnych włosach.
  • Gdzie? – rozejrzał się wysoki blondyn.
  • Tam, stoi z grupką ludzi pod shotbarem. Pewnie znowu próbuje wyłudzić pieniądze na tę swoją bajeczkę.
  • Ach, ten. No co ty stary, to ty nie wiesz?
  • Czego?
  • To wszystko prawda. Sprawdziliśmy w internecie. Nazwisko się zgadza, historia się zgadza. Ten facet naprawdę był bokserem, mistrzem Polski. Stoczył się po przegranej walce o obronę tytułu. Został znokautowany w dziesiątej sekundzie przez Igora Nowickiego.
  • Mistrz kraju skończył na ulicy? – brunet był wyraźnie zadziwiony.
  • Nie znam szczegółów, ale wszystko wskazuje na to że się załamał. Uciekł w alkohol i teraz jest bankrutem.

Nagle wszystkie obrazy rozmyły się, a patrzący na świat z lotu ptaka bokser został brutalnie sprowadzony na ziemię.

Bankrut. To słowo szumiało mu w głowie po przebudzeniu niczym morska fala. Proste słowo, które nic nie znaczyło dla chłopca w jasnych włosach, dla Roberta było jak cierń. Nie mógł o tym myśleć ani chwili dłużej, więc ponownie ruszył na poszukiwania skłonnych do lekkiego wydawania pieniędzy młodzieńców. Był już prawie wieczór, toteż tym razem poszło mu łatwiej. Uzbierał tyle, że stać go było na porządne wino. Nie zastanawiając się długo, kupił dwie butelki najtańszego czerwonego trunku, po czym poszedł pod Zieloną Bramę i skulił się w kamiennej wnęce, delektując się miałkim smakiem sfermentowanego napoju.

Procenty alkoholu we krwi wzrastały, a percepcja byłego olimpijczyka ponownie słabła. Ponownie jak przez mgłę zobaczył ring, a na nim siebie, upadającego na deski po potężnym i niespodziewanym uderzeniu Igora Nowickiego. Nie był pewien czy widział, jak znoszą jego bezwładne ciało z ringu na noszach. Nie wiedział też, czy szum w jego uszach to wrzaski wiwatującej widowni, czy może krzyki jego żony, gdy po raz kolejny wyrzucała go z domu. Nie potrafił już rozpoznać twarzy ani głosów. Wszystkie uczucia spowiła mu wszechobecna mgła obojętności i w tej błogiej nieświadomości, ponownie zasnął.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: