Kostur, róg i leprechaun

Był sobie czarownik. Bardzo potężny i ambitny, choć nieco arogancki. Nie zwykł słuchać rad innych, bowiem wierzył że jego osąd jest najtrafniejszy. Był indywidualistą, który odrzucał pomoc, w przekonaniu że w pojedynkę poradzi sobie najlepiej. Dużo podróżował, a w trakcie tych podróży, rozwijała się w jego głowie pewna myśl, której nie potrafił odpędzić. Pewnego razu więc, gdy powrócił do swej wieży by odpocząć, osiadł w niej na dłużej niż to zazwyczaj bywało. Całe miesiące spędził na wegetacji, zatopiony w rozmyślaniach nad trapiącą go ideą. W końcu, pewnego chłodnego poranka, gdy wyszedł na balkon by zaczerpnąć powietrza, nieuniknione dotarło do niego. Nieważne jak bardzo by się starał, nie odgoni już ze swego umysłu wizji, która się w nim zagnieździła. Rozpoczął więc przygotowania. Przeczytał sterty ksiąg i pergaminów, aby stworzyć plan tak precyzyjny i dokładny, by jego realizacja była jedynie formalnością. Nie był głupi, wiedział że przedsięwzięcie tego formatu wymaga nie tylko starannych przygotowań i ciężkiej pracy, ale i poświęcenia. Wierzył jednak, że jego perfekcjonizm i inteligencja doprowadzą go do celu, który przed sobą postawił.

Mijały dni, tygodnie i miesiące, a jego pożądanie nie słabło, a wręcz nasilało się. Przekonał sam siebie, że jego przeznaczeniem jest stanąć na czele narodu. Był pewny, że jeśli posiądzie władzę, którą dzierżą królowie, nic nie stanie na jego drodze do utworzenia największego mocarstwa jakie widział świat. Władcy, zazwyczaj, byli rozwydrzonymi dziećmi swoich upojonych władzą i bogactwem ojców. Byli wykształceni, owszem, ale również ograniczeni. On zaś, był pozbawiony ograniczeń. Widział i przeżył więcej niż oni wszyscy razem wzięci. Jedyne czego nie miał, to ta mityczna “błękitna krew”, która pozwala byle komu zasiadać na tronie i decydować o losach świata. Jednakże, śmiałą ideę, jaką był zamach stanu, trzeba było zasiać od podstaw, niczym pszenicę, z której chleb powstanie dopiero po wielu etapach przetworu. Wybrał więc nieprzypadkowo królestwo, które mimo silnej armii i pozycji na scenie międzynarodowej, było niezadowolone z panującego władcy. Było tak ponieważ król był nikim więcej jak zapijaczonym knurem, który odziedziczył po ojcu świetnych generałów i doradców, których jednak wolał nie słuchać. W wielu miejscach tego państwa panował głód, a przestępcy czuli się bezkarni. Na tych właśnie ulicach, czarodziej Edwin rozpoczął siew.

Podczas swoich podróży, Edwin zdobył nie tylko doświadczenie i poszerzył horyzonty. Celem wielu z nich były poszukiwania legendarnych kamieni, których magiczna moc mogła być kontrolowana jedynie przez wybitne jednostki. Udało mu się odnaleźć trzy spośród nich. Kamień transformacji, kamień manipulacji oraz wyjątkowo niestabilny i niebezpieczny kamień gromu. Pierwszy z nich umieścił w naszyjniku, dzięki czemu w dowolnym momencie mógł przeobrazić się w kogoś innego. Drugi z nich, wtłoczył w pierścień, uzyskując możliwość wpływania na osoby będące w jego pobliżu. Trzeci zaś, trzymał w sakwie, by użyć go wyłącznie w ostateczności. Tym właśnie sposobem, czarodziej podróżował po dzielnicach Woodenfield. Przybierał postać podróżnego kleryka, posłańca, a nawet rozśpiewanego barda, a wszędzie gdzie się pojawiał w umysłach ludzi rodził się cichy bunt. Stworzył podwaliny pod przejęcie władzy, jednak to był dopiero początek.

Król Edmund, mimo swych licznych wad, miał na dworze wielu wiernych poddanych, którym nawet przez myśl nie przeszło, że na tronie mógłby zasiadać ktoś inny niż jego prawowity następca. Eliminacja tych ludzi byłaby zbyt niebezpieczna i podejrzana, tak więc potrzeba było innego podejścia. By przejrzeli na oczy potrzebna była bolesna porażka, za którą winę powinien bezapelacyjnie ponieść król. Jednocześnie, wysokie stanowiska piastowały także osoby charakteryzujące się nie tylko patriotyzmem, ale także odwagą. A to połączenie było zbyt niebezpieczne i niemożliwe do kontrolowania. Do tych ludzi należał generał Alderan. Świetny przywódca i strateg. Za życia poprzedniego władcy, Alderan odparł atak sąsiedniego królestwa Moderland, ponosząc przy tym bardzo niewielkie straty w ludziach. Na owo królestwo zostały nałożone sankcje oraz straciło ono swoją autonomię na rzecz Woodefield. Od tego zdarzenia generał cieszył się wielkim respektem tak poddanych, jak i królewskich doradców.
Dlatego właśnie, należało go usunąć.

Dalsza część planu, obejmowała upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu. Edwin spreparował list, skierowany do króla Edmunda. W liście tym, podważa jego umiejętności przywódcze i krytykuje politykę państwową, a także sugeruje problem władcy z impotencją. Problem prawdziwy, bowiem celowo wyśledzony na potrzeby prowokacji. Czarodziej wiedział, że król wpadnie w szał, ale nie podzieli się z doradcami wstydliwą częścią wiadomości. Zamiast tego zainsynuuje obecność szpiegów w jego pałacu. Dlaczego miałby to zrobić? Ponieważ list jest podpisany Bhaal, król Moderland. Szpiegów rzecz jasna nie znajdzie. Może jakiś przypadkowy pechowiec straci przy tym głowę, ale dla Edmunda to będzie za mało. W gorącej wodzie kąpany władca, wyśle armię by przypomnieć sąsiadowi kto jest kim w tym układzie. Zdezorientowani doradcy nie wiedząc co właściwie tak rozzłościło ich władcę, będą odradzać królowi tak radykalne kroki. Ten jednak nie posłucha i być może zdenerwuje się jeszcze bardziej. Jeśli Edwinowi dopisze szczęście, większość armii pomaszeruje w stronę niewinnego Bhaala, by dokonać demonstracji siły. Tam jednak, będzie czekała na nich zasadzka.

Zgodnie z planem generał Alderan wyruszył wraz ze swoim wojskiem, by dać nauczkę krnąbrnym sąsiadom. Edwin wiedział, że choć był on tylko zwykłym wojakiem, nie można było go bagatelizować. Jego umiejętności przywódcze wyrosły niemal do statusu legendy, co sprawiło że czarodziej był żywo zaintrygowany co takiego się wydarzy, kiedy ich drogi w końcu się skrzyżują. Na tę specjalną okazję, wyjął z sakwy kamień gromu i umieścił go w swoim kosturze. Oddział stalowych golemów, które stworzył, czekał już ukryty za drzewami szerokiego szlaku, którym miały przemaszerować wojska. Sam dotarł na ścieżkę wczesnym popołudniem. Zsiadł ze swojego karego konia i usiadł na pobliskim kamieniu. Nie chcąc ryzykować utraty wizerunku, na wypadek gdyby jakimś niedobitkom udało się uciec, transformował się w swojego kolegę po fachu, czarodzieja Ulricha. W tej postaci, czekał na to, co miało się wydarzyć.

Niedługo potem, dosłyszał dudnienie ziemi pod stopami setek opancerzonych żołnierzy. Najpierw dotarła do niego awangarda na czarnych rumakach.

  • Coś za jeden? – warknął zwiadowca zatrzymując przy nim wierzchowca. – Zmiataj stąd!
  • Będę rozmawiał tylko z generałem Alderanem. – powiedział czarodziej, wznosząc lekko rękę i wpatrując się w ciemne oczy żołdaka.
  • Zrozumiałem. – odparł żołnierz, po czym zawrócił konia i wraz ze swoim oddziałem, pogalopował z powrotem.

Słońce stało jeszcze wysoko na niebie, gdy na horyzoncie pojawiły się wojska, a na ich czele skonsternowany generał.

  • Nareszcie się spotykamy, generale. – rzekł spokojnie Edwin.
  • Coś za jeden i czemu stoisz na drodze moich wojsk? – burknął Alderan, wyraźnie niezadowolony z powodu opóźnienia.
  • Te wojska dziś dalej nie pójdą. – ciągnął spokojnie. – Tak jak i pan, generale. Tu nastaje kres waszej wędrówki przez życie.

Generał obrzucił czarodzieja pobłażliwym spojrzeniem spod swoich krzaczastych brwi, jednak ten ciągnął dalej.

  • Szkoda, że musicie zginąć w tak głupiej sprawie. Za głupiego króla. Ale mogę pana zapewnić, generale, lepsze czasy nastaną, gdy ludzie przejrzą na oczy.
  • O czym ty bredzisz, pomyleńcze?! – zirytował się dowódca. – Zjeżdżaj mi z drogi bo nie mam czasu brać dziś jeńców. Chyba że chcesz zostać stracony za obrażanie króla?
  • Szkoda że ta rozmowa nie mogła się odbyć w innych okolicznościach, generale. – westchnął czarodziej. – Ludzie tacy jak pan, przydaliby mi się w świecie, który zbuduję.

Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i podszedł do swojego rumaka. W tym samym momencie po obu stronach lasu drzewa zaczęły szeleścić, a ziemia drżeć. Przerażeni żołnierze rozglądali się na boki, nie wiedząc co ich czeka. Edwin wsiadł na konia, po czym gwizdnął przeciągle. Ku zdumieniu generała, który jako jedyny jeszcze obserwował czarodzieja, jego koń rozwinął skrzydła i wniósł się nad ziemię.

  • Dziś generale – krzyknął znad ziemi Edwin. – jest początek końca wszystkich dynastii.

W chwili gdy skończył wypowiadać te słowa, zza drzew wypadły wielkie niczym drzewa żelazne golemy, które otoczyły wojska Alderana.

  • Słyszałem wiele opowieści o waszym męstwie, Alderan. Ciekaw jestem ile w tym prawdy.
  • Zaraz się przekonasz… – burknął pod nosem rozwścieczony generał.

W następnej chwili wyjął zza pasa bitewny róg i zadął w niego mocno. Cały las wypełnił wojenny dźwięk, a rycerze, którzy przed chwilą drżeli ze strachu rzucili się do ataku. Tak walecznych żołnierzy czarodziej nie widział jeszcze na oczy. Ich ruchy były szybkie, jakby nie mieli na sobie zupełnie nic, a jednocześnie silne niczym uderzenie kowalskim młotem.

  • Ciekawe… A więc tak to robi. Muszę dostać ten róg. Jeszcze mi się przyda.

To mówiąc zleciał z powrotem na pole walki by z mknącego pegaza zwalić swym kosturem generała z nóg. Ten jednak z nadludzką szybkością uchylił się przed ciosem i niemal zdążył dosięgnąć go mieczem. Edwin wiedział, że nie ma szans w otwartej walce, postanowił więc poczekać, aż jego oddziały zrobią swoje. Ku jego zdziwieniu jednak, waleczni rycerze niemal powalili już kilku z jego olbrzymich pomocników. Przeważali liczebnością, szybkością i zażartością. Byli jak w transie, jakby nie czuli bólu i zmęczenia. Obserwując pole bitwy Edwin zauważył kilku żołnierzy, wstających po uderzeniu, które połamałoby nawet młode drzewo. Niektórzy mieli wyraźnie pogruchotane kończyny, mimo to rzucali się na golemy niczym armia mrówek. Wtedy Edwin zrozumiał. Ostateczność nadeszła. Wniósł się jeszcze wyżej nad ziemię, po czym wymówił zaklęcie, uwalniające moc kamienia gromu. Gdy tylko skierował kostur w dół rozpętało się piekło. Pioruny trzaskały we wszystko w promieniu kilometra, pochłaniając nie tylko walczące ze sobą oddziały, ale także lasy, które w mgnieniu oka zapłonęły niczym pochodnia. Edwin podtrzymał zaklęcie przez chwilę, by mieć pewność, że znaczna większość żołnierzy padła już trupem, po czym wzniósł laskę do góry i sfrunął z powrotem na ziemię. Ogrom zniszczenia, jaki ukazał się jego oczom był zatrważający. Lecz Edwin nie czuł strachu. Wręcz przeciwnie. Czuł się tak potężny jak jeszcze nigdy. Po armii Woodenfield zostały niedobitki. Generał jednego z najpotężniejszych wojsk klęczał teraz u jego stóp. Pochylił się nad nim i wyciągnął zza jego pasa osmalony róg. Ledwo dostrzegalne zielone pasy przeplatały się na nim z czarnymi.

  • Niezła zabawka. – mruknął sam do siebie. – Choć może jednak nie będzie mi potrzebna.

Rozejrzał się jeszcze raz po pobojowisku. Setki osmalonych ciał, jęki konających rycerzy, nie napawały go smutkiem. “Tak musiało być” – tłumaczył sobie. Już miał się odwrócić by na powrót wsiąść na swego oskrzydlonego rumaka, gdy dostrzegł coś dziwnego na brzegu lasu. Przyjrzał się więc dokładnie.

  • Nie może być… Leprechaun?

Mały skrzat, ubrany w zielony garniturek i melonik patrzył wyraźnie na niego, choć był na tyle daleko, że nie dało się odczytać wyrazu jego twarzy. W następnej chwili Edwina ukłuło serce tak mocno, że aż upadł na kolano. Gdy udało mu się podnieść wzrok, ten sam malutki ludek stał tuż nad nim.

  • To wy jesteście odpowiedzialni za te zniszczenia. – rzekł skrzekliwym głosem.
  • Co ci do tego skrzacie…? – warknął czarodziej, ale nie mógł kontynuować bo serce znowu zabolało go tak jakby ktoś przekłuwał je rozżarzonym szczyletem.
  • To nie… ja – zasapał ledwo żywy generał, koncentrując resztki sił na ostatniej desce ratunku.
  • Cisza. – zaskrzeczał leprechaun. – Gdyby nie wasze wojska, nie doszłoby to tego, czyż nie? A ty, głupi czarowniku, czy wiesz chociaż jak używać tego kamienia którym spaliłeś pół lasu?

Edwin chciał coś powiedzieć, ale nie mógł wydusić ani słowa. Po raz pierwszy w jego życiu ogarnęło go prawdziwe przerażenie.

  • Nie jesteście godni siły, którą dzierżycie. – zaskrzeczał zielony ludek. – Więc zakończę wasz żywot tu, żebyście nie popełnili więcej błędu takiego jak ten.

To mówiąc klasnął w dłonie i zniknął, pozostawiając martwe ciała czarownika i generała dokładnie tam gdzie leżały. Do tej pory, nikt tak naprawdę nie wie, co się wydarzyło na tym szlaku. Nawet leśny skrzat, którego nie obchodzą ludzkie wojny o władzę, nie zainteresował się tym, czego dotyczył spór, ani kto brał w nim udział. Bitwa poszła w zapomnienie, jak wszystko co dziwne i niezrozumiałe. A głupi królowie rządzili w swoich zamkach jeszcze wiele, wiele lat.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

Blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: